© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   19.12.2017

„Bohaterska” śmierć wojewody pomorskiego Władysława Denhoffa w pierwszej bitwie pod Parkanami (7 X 1683)

Wyprawy wojenne przeciw Turkom, szczególnie pod Chocim (1673) i Wiedeń (1683), sprawiły, iż pomiędzy wodzem Janem Sobieskim, późniejszym królem Janem III, a szlachetnie urodzonymi wytworzyła się szczególna więź, którą nazwać możemy braterstwem broni. Grupę tę tworzyła w przeważającej mierze średniozamożna szlachta, dla której uczestnictwo w kampaniach wojennych stało się przepustką do kariery urzędniczej. Problem ten nie był dotąd szeroko komentowany w literaturze, a przyznać trzeba, że dotyczy on bardzo szerokiej i niejednorodnej grupy. Pomijając jednak fakt mechanizmów i czynników kształtujących kariery stronników monarchów, warto prześledzić indywidualne losy niektórych postaci.

Miano wiernego oficera w królewskiej armii zyskał w opinii niektórych badaczy (Marek Wagner, Władysław Odyniec) wojewoda pomorski Władysław Denhoff (1639–1683). Wywodził się on z protestanckiej linii rodu, który w XVI i w XVII wieku ugruntował swoją pozycję zarówno na arenie politycznej, jak i pod względem majątkowym, głównie na terenie Prus Królewskich. Dzięki koligacjom z tak świetnymi rodami jak Ossolińscy, Leszczyńscy i Radziwiłłowie ród Denhoffów zasługiwał niewątpliwie na miano magnackiego. Dodajmy, że Władysława, jako syna Sybilli Małgorzaty brandenburskiej, a tym samym wnuka księcia brzeskiego i legnickiego Jana Chrystiana, wiązały parantele z dwoma domami panującymi – Piastami i Hohenzollernami. Swoją karierę Władysław Denhoff rozpoczął jako dworzanin pokojowy króla Jana Kazimierza Wazy. Następnie posłował na sejm z województwa pomorskiego, uczestnicząc w obradach izby poselskiej kolejno w 1664, 1666, 1668, 1669, 1670 i 1671 roku. Dopiero w 1668 roku otrzymał godność podkomorzego pomorskiego, wchodząc tym samym do izby wyższej pruskiego sejmiku generalnego. Tak błyskotliwą karierę przerwało objęcie tronu przez Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Denhoff znalazł się bowiem w obozie przeciwników monarchy, zwanych malkontentami. Okres ten uznać jednak należy za ważny, zważywszy jego uczestnictwo w kampaniach u boku Sobieskiego. W 1671 roku Władysław stawał zbrojnie pod Kalnikiem, a w 1673 roku dowodził regimentem pieszym wchodzącym w skład chorągwi wojewody bełskiego Dymitra Jerzego Wiśniowieckiego. Po kolejnej elekcji i wyborze Jana Sobieskiego na tron polski Denhoff w 1676 roku ruszył przeciw Turkom pod Żurawno na czele 800 zbrojnych. Wszystko to zapewniło mu liczne nadania ziemskie w postaci m.in. starostw kościerskiego i lignowickiego. Władysław w 1677 roku został kasztelanem chełmińskim, a rok później objął urząd wojewody pomorskiego. Od tego czasu stał się głównym doradcą króla Jana III w zakresie polityki bałtyckiej. Zapewne zadecydowało o tym zarówno jego pokrewieństwo z elektorem Fryderykiem Wilhelmem, jak i przygraniczne położenie ziem, którymi zarządzał z woli króla. W latach 80. XVII wieku Denhoff zaangażował się silnie w utworzenie ligi antytureckiej. Należał do deputacji mającej zawrzeć traktat zaczepno-odporny z cesarzem. Ponadto prowadził rozmowy z posłem francuskim w Rzeczypospolitej François de l’Hôpital markizem de Vitry oraz magistratem miasta Gdańska w celu wyjednania zgody u ich mocodawców na finansowanie działań przeciw Turkom.

Wyżej opisane wydarzenia roku 1683 spowodowały, że Denhoff dopiero 8 września dogonił wojska królewskie, wraz z prowadzoną przez siebie chorągwią husarską i regimentem pieszym, a następnie wziął udział w bitwie wiedeńskiej. W początku października tego samego roku Denhoff pomaszerował wraz z królem ku Preszburgowi (obecnie Bratysława), w którym pozostał z racji choroby. W mieście koronacyjnym królów węgierskich Denhoff bawił niedługo, skoro już 7 października znalazł się w obozie pod Parkánami, stanowiącymi przyczółek i punkt obrony Turków przed twierdzą Esztergom (Ostrzyhom, niem. Gran). Jan III – nie bacząc na zdania przeciwne, wyrażane przez księcia lotaryńskiego Karola i własnych dowódców oraz brak przeprowadzenia rekonesansu terenu, jak i oszacowania sił przeciwnika – zarządził uderzenie na forteczkę broniącą przeprawy przez Dunaj. Zaniedbania te zadecydowały, iż Turcy dowodzeni przez berlejbeja Kara Mehmeda z przyczajenia uderzyli na główny trzon środkowego szyku dowodzonego przez kasztelana lubelskiego Marcina Zamoyskiego i na prawe skrzydło pozostające pod komendą hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jana Jabłonowskiego. Turcy, motywowani pragnieniem zemsty za rozgromienie ich armii pod Wiedniem, doprowadzili do przerwania szyków wojsk polskich i okrążyli obóz królewski. Jan III i jego syn królewicz Jakub zdołali cało ujść z pola bitwy i przedostać się na pozycje regimentu kirasjerów cesarskich. Piechota polska szerzyła jednak wieść o śmierci króla, co obniżyło morale i wywołało panikę wśród walczących.

Bitewna zawierucha spowodowała, że większość dowódców została oddzielona od swych oddziałów i straciła kontrolę nad nimi. W konsekwencji dowódcy wystawieni zostali na pewną śmierć. Na polu walki pod Parkánami poległ właśnie Władysław Denhoff. Wedle relacji przypisywanej referendarzowi koronnemu Janowi Dobrogostowi Krasińskiemu oddziały Denhoffa uczestniczyły w walkach na prawym skrzydle. Wraz z natarciem tureckim zarówno wojewoda pomorski, jak i chorąży koronny Rafał Leszczyński znaleźli się pod silnym ostrzałem tureckim. W trakcie odwrotu Denhoff został zepchnięty ze swego konia i upadł na ziemię, stając się gotowym łupem dla Turków. Inny uczestnik bitwy, chorąży i późniejszy starosta łęczycki Stanisław Wierzbowski, odmiennie przedstawiał moment śmierci wojewody Denhoffa: „nie mogąc uciekać, tułowitym [tj. otyłym – przyp. J. P.] będąc, zsiadł z konia i klęknąwszy Bogu się oddawał, nim Turcy nadjechali. Na którym miejscu ścięli go i pokojowego jego, który od niego uciekać nie chciał, ale wolał zginąć z panem swoim”. Sądzić zatem można, że wojewoda ograniczony swą fizycznością, przygnieciony trudami życia obozowego i niebędący w pełni sił po przebytej chorobie, postanowił zaprzestać dalszej walki i nie podejmować próby ucieczki. Ta dobrowolna decyzja o wystawieniu się na pewną śmierć znajduje potwierdzenie w relacji żołnierza walczącego przy boku Denhoffa: „siadł na ziemię ultimum czekając exitium, ale też dodawał, że na perswazję swego porucznika słowy: «Niepodobna mi się już ratować tuż już czekam ostatniej woli Bożej» i tak porucznik jego, nie mogąc ani perswazją, ani żadną siłą nic mu pomóc, licencjonował się u niego, salwował swoje zdrowie, a owego jeden tylko nie odstąpił pokojowy, także pospołu z panem od miecza pogańskiego occubuit oraz pochwyconego w drugiej bitwie baszy sylistryjskiego: gdyby miał [tj. Władysław Denhoff – przy. J.P.] choć jednego człowieka z rozumem, ale sam żyć nie chciał, widząc, że szwankował podjazd jego komendzie polecony”. Uważać zatem należy, że Denhoff wziął na siebie winę za popełnione w czasie pierwszej bitwy błędy. Jan III, chcąc wyjaśnić okoliczność śmierci Denhoffa i przedstawić ją w nieco lepszym świetle, wspomniał swej żonie, że wojewoda pomorski posiadał rumaka: „tak niecnotliwego, który dwa razy szwankował”. Wyjaśniał ponadto, że Denhoff po upadku z grzbietu konia został uratowany, jednak zwierzę zrzuciło go po raz kolejny i na pomoc było już za późno. Z całą pewnością zadane wojewodzie rany nie pozwalały mu na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Dodatkowo ograniczały je wspomniana tusza i grube odzienie: „Dla zbytniej otyłości nie mógł on nosić zbroi, lecz za to kaftan, ze stu może łokci składanej kitajki uszyty; mimo tego wskroś kulą został postrzelony. Na próżno sześciu sług jego na ratunek przypadło, dla otyłości i ran, nie mogli go wsadzić na konia, prosił nawet by go zostawili. Niedługo tam został, przypadli Turcy i ucięli mu głowę”.

Tuż po bitwie do obozu polskiego zwieziono z pola bitwy chorągiew wojewody, kotły i znaki. Czekano też na potwierdzenie jego śmierci, co do której nie miano pewności. Pozbawione głowy ciało Władysława Denhoffa odnaleziono wieczorem z 8 października 1683 roku. Ówczesne relacje świadczą, że atak na wojewodę pomorskiego nie był dziełem przypadku. Przeciwnicy byli przekonani, że jest to sam król. Elementem wyróżniającym wojewodę była jego postura, zbliżona do monarszej. Zwróćmy uwagę, że akcja na polu bitwy rozgrywała się w bardzo szybkim tempie. Celem Turków było zgładzenie króla, który jednak zdołał uciec przed pogromem. System wymiany informacji pomiędzy pojedynczymi oddziałami tureckimi właściwie nie istniał, stąd nie wszyscy wiedzieli, że król wycofał się z pola bitwy. Najprawdopodobniej na podstawie błędnej identyfikacji uznano, że Denhoff to król i cały impet został skierowany w jego kierunku. Odcięta głowa wojewody została zabrana z pola bitwy i przetransportowana do obozu Kary Mehmeda, który kazał nadziać ją na pal i obnosić po ulicach twierdzy esztergomskiej. Zapewne szczęśliwy dowódca raportował o tym swemu zwierzchnikowi wielkiemu serderowi Ahmedowi Paszy, lecz wyraźnych dowodów na to nie posiadamy. Domniemana głowa króla, właściwie należąca do wojewody Denhoffa wraz z głowami pozostałych żołnierzy zostały zakonserwowane i przewiezione do Budy, gdzie: „wysypano je do Dunaju, inne zaś rzeczy przyniesiono do wielkiego serdera”.

Nie bacząc na przeciwności, król postanowił kontynuować walkę z Turkami. Dwa dni po pierwszej bitwie tj. 9 października 1683 roku, monarcha wespół z oddziałami cesarskimi przypuścił atak na Parkány i odniósł spektakularne zwycięstwo. Tymczasem ciało wojewody Denhoffa powróciło do kraju dopiero w grudniu 1683 roku wraz prowadzonymi przez Jana III wojskami. W Krakowie trumnę ze zwłokami męża powitała tonąca we łzach wdowa, Konstancja ze Słuszków. Wojewodzina zdołała w tym czasie uzyskać od sejmiku generalnego Prus Królewskich, obradującego w Grudziądzu, zgodę na odwleczenie terminu zdania rachunków finansowych po zmarłym, po czym przystąpiła do organizacji uroczystości pogrzebowych i pochowania męża w kaplicy rodowej pw. św. Pawła Pustelnika w klasztorze na Jasnej Górze. Ceremonia z uwagi na status zmarłego oraz wyjątkowość miejsca, będącego słynnym sanktuarium maryjnym, musiała wyróżniać się przepychem i bogactwem symboli. Sama Konstancja napisała utwór należący do gatunku trenów żałobnych, w którym podkreślała swą tęsknotę za Władysławem. Nie jest nam znany projekt ani realizacja castrum doloris, za to ważnym świadectwem splendoru ceremonii są mowy pogrzebowe. Ich autorami byli penitencjarz jasnogórski ojciec Szymon (Ambroży) Nieszporkowicz oraz biskup kamieniecki Jerzy Albrecht Denhoff. Obaj podkreślali nie tylko zwyczajowe elementy, takie jak świetność rodu zmarłego, jego zasługi dla kraju w dziedzinie polityki czy obronności, ale też stawiali go za przykład żołnierza chrystusowego, który poległ w imię wiary. Czynili zatem z Władysława świętego, który oddał swe życie w ofierze za wolność ojczyzny. Uroczysta forma i przebieg ceremonii, a także oracje wygłoszone przez duchownych oraz świeckich uczestników pogrzebu przyczyniły się do gloryfikacji postaci wojewody a jednocześnie umocniły splendor rodu Denhoffów.