© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum

„Buty à la most zwodzony”, czyli w buciorach rybaka na salony

Polskie satyry XVII w. żartowały sobie ze zwolenników mody zachodniej, co „cali w butach chodzą”, w wysokich „buciorach rybaka”. Taksy wojewódzkie z terenów Małopolski, Wielkopolski i Mazowsza z lat 1608-1624 wymieniają m.in. „pantofle wielkiemu meszczyźnie kurdybanowe czarne na punczochy”, „trzewiki na korkach kurdybanowe męskie”, „botki francuskie wywracane męskie”, etc. Buty do jazdy konnej (z delikatnej, woskowanej skóry podtrzymywane rzemieniami, hiszp. botas con correas) określano jako „boty juchtowe kowane [...] aż za kolana, skórznie niemieckie do kroku”.

W królestwie mody francuskiej wyrażenie talon rouge – czerwony obcas – stało się cechą dystynktywną szlachcica, z biegiem czasu skrzętnie naśladowaną przez niższe warstwy społeczne; obcas tego typu szczególnie chętnie eksponowano, dostosowując do tego nawet sposób chodzenia. D’Aubigne napisał w 1617 roku: „Szlachcic, który nie nosi wysokich butów, musi być na tyle bogaty, żeby jeździć karocą, zwłaszcza zimą, w przeciwnym razie zabrudzi kokardy przy butach”. Sznurowadła pantofli tworzyły małą kokardę, po ok. 1610 r. maskowaną rozmaitymi wynalazkami: ukształtowaną na wzór kapusty (choux) lub głowiastej sałaty (laitues pommées), wydatną i ozdobną  rozetą z metalowych koronek klockowych (sam Hamlet wspomina: a pair of provincial roses upon a razed shoe), a od lat 40-tych puklami galonów, niejednokrotnie z okazałymi klejnotami pośrodku, które z czasem przekształcą się w metalowe sprzączki (np. w kształcie półksiężyca), względnie po połowie stulecia ustąpią miejsca sztywnej kokardzie. Owe koronkowe rozety bynajmniej nie należały do najtańszych ozdób; we Francji cena kokardy wynosiła od około 4 do 40 franków, w Anglii ceny wahały się od 30 szylingów do 5 funtów, choć niekiedy osiągały nawet i 50 funtów. W 1621 r. pewien purytanin z Izby Gmin nieco przesadnie utrzymywał, iż we współczesnych mu czasach syn za rozety przy butach musi zapłacić więcej, niż dawniej jego ojciec wydawał na cały komplet stroju!

Przybierające niemal wszystkie kolory tęczy wysokie buty skórzane z wywijanymi sztylpami stanowiły stricte hiszpański wkład w modę europejską (wywodziły się z mauretańskich borceguíes, skórzanych skarpet o usztywnianej podeszwie), rozpowszechniony via dwór paryski. Na wierzchu posiadały skórzane przyszwy (patki), najczęściej w formie skrzydlatej, podwójnej kokardy o owalnych brzegach, wycinanej w kształt czteroliścia, a właściwie motyla (w Anglii zwano ją „klapą motyla”, butterfly flap). Surpied (devant-de-pied) maskowała przytwierdzenie ostróg. Do uprawiania fechtunku lub gry w piłkę zakładano na stopy chaussons, lekkie buty płócienne, wełniane lub bawełniane, bez obcasa, z podeszwą filcową lub korkową. Na buty tego rodzaju, nieprzystosowane do chodzenia po bruku, musiano nakładać osłony (moules). Mniej wykwintni panowie zamiast tego nosili saboty (galoches), patynki z podeszwą drewnianą lub korkową, które dobre wychowanie nakazywało zdejmować przy wejściu na salony. W związku z ich popularnością zaczęto wytwarzać buty, którym dorabiano kaloszową zelówkę; szła ona od samych palców aż do obcasa i w sposób analogiczny ochraniała but. Kiedy była przyszyta do obcasa, obuwie zwano „butami z mostkiem” (soulier a pont), gdy zaś obcas odchodził lekko od zelówki – „butami à la most zwodzony” (soulier a pont-levis). Nazwa ta pochodzi od porównania podwyższenia obcasa do efektu działania podnośnika lub mechanizmu zwodzonego mostu.

Według legendy, niedługo przed śmiercią (1608) król Henryk IV miał pochwalić pana Saint-Michel za to, że nosił wysokie buty w każdej okoliczności, a w szczególności w Luwrze, czego nikt wcześniej nie robił. Gdy tylko dworzanie usłyszeli te słowa, natychmiast przyjęli nowy fason, a sam król wsparł pomocą materialną wytwórców tego typu obuwia. Francuski zwyczaj noszenia wysokich butów (hiszpańskiej proweniencji) zarówno w mieście, jak i na salonach wzbudzał zdumienie u przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego. Pewien Hiszpan, zapytany po powrocie zza Pirenejów o nowiny z Paryża, miał odpowiedzieć: „Widziałem tam ludzi, ale w tym momencie prawdopodobnie nie ma już nikogo, wszyscy mieli wysokie buty, najwyraźniej szykowali się do drogi”. Dla ochrony jedwabnych pończoch przed kontaktem z tłustą skórą buta noszono tzw. „armaty” (canons), ozdobione nierzadko koronkowymi manszetami. Podobno diuk de Luynes pierwszy kazał umieszczać szałwię między dwiema warstwami skóry podeszwy. Zgodnie z wymogami „modniarskiej” etykiety do końca lat 30-tych, noszona z gracją cholewa winna była przylegać do nogi tak ściśle, jak to tylko możliwe, jednocześnie układając się w cenione marszczenia. Co bardziej zdeterminowani panowie podczas toalety zanurzali się po kolana w zimnej wodzie, aby móc włożyć węższe buty. Prędko zastąpiły je ladrines (landrines, lazarines) z cholewami wywiniętymi na zewnątrz na kształt zwisającego kaptura, które to w latach 40-tych ustąpiły z kolei obuwiu z szeroką cholewą ukształtowaną na wzór kociołka (à chaudron) lub lejka (à entonnoir simple). Jak wszystko, także owa moda na wysokie buty nie była wieczna; jak niesie legenda, osłabła nagle, gdy Ludwik XIV kazał oczyścić ulice Paryża, których błoto stało się przysłowiowe...