© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   03.04.2018

Chleba szablą szukać

„Jedni szablą, drudzy głową, trzeci ślubnym pierścieniem dorabiają się chleba” – pisał Konstanty Gaszyński. Sposób pierwszy w dawnej Polsce uważano za najbardziej zaszczytny, nie zastanawiano się, jak często bogactwo okupione było krwią i cudzą nędzą. Chętnie odwoływano się do czasów antycznych, pisząc z uznaniem o Rzymianach, „narodzie, który z miecza powstał […], a grabież najlepszym i najprawniejszym sposobem nabycia uznał […] Zdobywca zbrojną zaborczą siłą stawał się panem łupu, jaki sobie z narażeniem życia swego zapracował orężem”.

Dla wielu zdobycz była cenną pamiątką z wyprawy, znakiem, że stanął w potrzebie i nie wahał się nadstawić podgolonego karku. Jan Chryzostom Pasek pisząc o kampanii 1673, wspominał: „Zdobycz nasi wielką wzięli w rzędach srebrnych, w namiotach bogatych, w sepetach [skrzyniach] – zaś owe specyały wyborne, co mógłby drugi sepet na sto tysięcy rachować; one szale bogate, one janczarki, Naprowadzono do Polski wielbłądów siła. […] Nasiało się tedy po wszystkiej Polsce rzeczy tureckich, owych haftowanych rzeczy ślicznych, koni pięknych, łubiów [sajdaków] bogatych i inszych różnych specyałów. Cudowną to Bóg dał narodowi naszemu wiktoryę”.

Zdobycz wzięta z pola bitwy mieściła się w ramach prawa i obyczaju wojennego. Niestety, najczęściej zwycięzca warował sobie także prawo grabieży terytoriów podbitych lub okupowanych. Nadzieja na zdobycz wojenną była istotną motywacją służby wojskowej. Żołnierz, często nieregularnie płatny, pocieszał się nadzieją, że po zwycięskiej bitwie przypadnie mu coś z mienia pokonanych. Obojętne mu były cierpienia ludności cywilnej, trupy poległych obdzierano do naga, nie wzdrygano się przed obcinaniem jeńcom upierścienionych palców. Szkocki najemnik Patrick Gordon pisał, że „rabowano co się dało, nie bacząc, czy poszkodowany jest wróg, czy przyjaciel”. Nie zwracano uwagi na „skutki uboczne” – od niepotrzebnych zniszczeń, do przegranych bitew.

Kiedy żołnierze koncentrowali się na rabunku zamiast na walce, prowadziło to do klęski strony pewnej zwycięstwa, pozwalało niemal pokonanemu przeciwnikowi na wyprowadzenie rozstrzygającego kontrataku. Samemu Janowi Sobieskiemu porażka zajrzała w oczy pod Chocimiem, kiedy jazda turecka wdarła się do obozu przez bramę południową. „Przepuściła ją piechota, ponieważ wielu żołnierzy rozbiegło się na łupy i chorągwie bardzo zeszczuplały”. Dlatego w stawianym za wzór karności wojsku czeskich husytów obowiązywały – dosłownie – słowa ich bojowej pieśni: „Dla łakomstwa i grabieży życia nie traćcie. I nad łupami się nie zatrzymujcie!”.

Żyjący z wojny Hieronim Chrystian Holsten szczerze wyznał w pamiętnikach: „W sumie najlepszym żołnierzem był wtedy ten, który umiał najlepiej kraść”. A było co. Wielcy panowie ruszali w pole z taborami pełnymi cennych ruchomości. Czasem przepadały w haniebnych okolicznościach. Przykładem klęska pod Piławcami (1648), kiedy licząca 30 tys. żołnierzy armia koronna pierzchła na wieść o zbliżaniu się Tatarów. Początkowo myślano o przegrupowaniu. „Wojsko komunikiem miało iść naprzód, wozy z ciężarami postępować za niem, piechocie zaś […] kazano wytrwać na miejscu, dopóki bagaże nie będą w zabezpieczonem miejscu. […] książę Zasławski i Janusz Tyszkiewicz odjechali jeszcze w nocy, zabierając swoje bagaże. Gdy to inni panowie postrzegli, każdy chciał jak najprędzej własność swoją ubezpieczyć. Zaczęto nagle wozy zaprzęgać i uciekać. […] spostrzeżono tuman kurzawy […] ktoś krzyknął: Tatarzy. Na to słowo strach paniczny opanował wszystkich. Każdy uciekał, gdzie mógł i jak mógł. […] Cały obóz z ogromnem bogactwem zostawiono na łup kozaków”.

Wodzowie doskonale zdawali sobie sprawę z wagi żołnierskiej nadziei na zdobycz. Kara Mustafa do wojny z cesarzem Leopoldem w 1683 zagrzewał wojsko nie frazesami o obronie islamu i miłości do padyszacha, lecz wezwaniem, że należy odbić skarby stracone na rzecz Habsburgów w bitwie nad Rabą. Szansa na zdobycz sprawiła, że wojsko chętnie poszło na wyprawę, zwłaszcza janczarowie, którzy mieli szczególną skłonność do buntu. Po rozbiciu wojsk tureckich pod Wiedniem Jan III Sobieski przydzielił główny obóz turecki jako łup wojsku polskiemu, rezerwując dla siebie namioty wielkiego wezyra. Było rzeczą przyjętą, że najcenniejszą zdobycz po wodzu pobitej armii zagarniał wódz armii zwycięskiej. Mniejsze obozy przypadły wojskom cesarskim i niemieckim. Niemal wszystkie działa oraz zapasy amunicji i sprzętu oblężniczego oddano do arsenałów wiedeńskich.

Łupy trafiły do podziału, na tzw. majdan. Trzymano się tego i w wojsku koronnym, i wśród Kozaków. Często rozdział i otaksowanie łupu prowadziły do konfliktu. Bitwa pod Byczyną (1588) może być przykładem rozprzężenia, jakie w szeregach wprowadzała wizja zdobyczy. „Złota, srebra, dzielnych koni, dział wojennych, bogatych sprzętów moc niezmierna w łupach dostały się. […] Hetman [Jan Zamoyski] łupy za miasto znieść w jedno miejsce kazał, a to dla równego między całe wojsko podziału; lecz chciwy żołnierz nie czekając na losy, nie zważając rozkazów, rzucił się na nie; tam już nie słuszność wymierzała, lecz pośpiech lub siła szarpały; nie mógł nawet hetman przeszkodzić”. Wartość zdobyczy była bardzo zróżnicowana. W czasie walk o Warszawę (1656–1657) w wojsku kwarcianym wypadło na jednego jeźdźca zaledwie po trzy lub cztery złote, a na którąś chorągiew senatorską liczącą 150 koni przypadła tylko jedna srebrna czara. „Rozczarowani towarzysze przekazali ją w darze swemu porucznikowi”. W wojsku litewskim podział łupów omal nie wywołał jawnego buntu, kiedy okazało się, że komisarze odpieczętowali skarby odebrane Szwedom i naradzali się nad ich wyceną i podziałem. Zginęło wtedy wiele rzeczy, zwłaszcza cenniejszych. „Co kto mógł wziąć, wziął i sobie zabrał”. Nic dziwnego, że zdobycz zamiast „pożytku wojsku niemało kłótni, bo i dalszych rozruchów nabawiły”. Liczył się tylko łup. Albrycht Stanisław Radziwiłł zanotował, że w 1640 pod Lipskiem żołnierze szwedzcy podczas podziału, nie mając innego oświetlenia, „dwa wozy ksiąg zapalili, i tak przy tym ogniu łupami się podzielili”.

Dowódcy i oficerowie mogli się rzeczywiście wzbogacić; szeregowym żołnierzom i czerni tylko „krótka chwila rozpusty po szczęśliwym powrocie z łupieskiej osładzała wyprawy”. Czasem ktoś zdołał ukryć przed towarzyszami zdjęty z trupa klejnot czy ciężki trzos. Ale niosło to z sobą realne ryzyko kary, często najwyższej. W czasach nowożytnych zdobycz wojenną częściowo regulowano prawem. Dziś rabunek własności prywatnej jest niedopuszczalny, przejęcie własności publicznej może mieć miejsce, zwłaszcza uzbrojenia, amunicji, zaopatrzenia itp. A jak jest? Najlepszym dowodem powszechna grabież muzealiów w Iraku.