© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Ad Villam Novam   Ad Villam Novam   |   29.12.2017

Halembik pana Marcina Nowickiego

Do naszych czasów szczęśliwie zachowało się wiele rozmaitych inwentarzy ruchomości. Sporządzali je magnaci na potrzeby kolejnych pożyczek pod zastaw, a także szlachta – po śmierci właścicieli i przy różnych okazjach za ich żywota. Posiadane przez nich przedmioty nie przedstawiały często większej wartości, ale nie znaczy to, że nie były drogie ich sercu, i to na tyle drogie, że gotowi byli procesować się o nie do upadłego.

Taką determinacją popisał się pan Marcin Nowicki, szlachcic z powiatu pińskiego w Wielkim Księstwie Litewskim. Żył on w połowie XVII w. Czasy były nad wyraz niespokojne z powodu szalejącego i nieugaszonego od 1648 r. powstania kozackiego i toczącej się od 1654 r. wojny z Moskwą. Pińszczyznę regularnie niszczyły najazdy Kozaków i współdziałających z nimi żołnierzy moskiewskich. Najbardziej niebezpieczni byli jednak miejscowi chłopi i obywatele poleskich miasteczek. W każdej chwili potrafili zamienić się w bezwzględnych rabusiów. Zbierali się w watahy, niespodziewanie napadali na kupców, dwory, a nawet atakowali mniejsze miasta. W napadach tych uczestniczyła z chęcią drobniejsza szlachta. Od czasu do czasu do lesunów, gdyż tak ich nazywano, dołączali także Kozacy z Ukrainy bądź Moskale z załogi kijowskiej. Wówczas zagrożony był sam Pińsk, który został złupiony w 1659 i w 1660 r.

Po świetnych zwycięstwach wojsk polskich i litewskich nad wojskami moskiewskimi i Kozakami niebezpieczeństwo zdawało się odsunięte hen, za Dniepr. Nikt jednak nie był w stanie kontrolować szerokiego pasa bagien i podmokłych lasów, rozdzielających Litwę od Ukrainy. Teren ten stanowił świetne miejsce do grupowania się band lesunów, które stamtąd niespodziewanie się wychylały, rabowały i znikały z łupem w leśnych ostępach, zanim podjęto jakąkolwiek akcję obronną czy pościgową. Ziem tych powinny bronić regularne oddziały armii litewskiej. Tych jednak było mało i miały one zadania na głównych odcinkach frontu z Moskwą. Czasem pojawiały się na Polesiu oddziały królewskie. W początku lat 60. przechodziły tędy chorągwie Stefana Czarnieckiego. Tych jednak, po pierwszych doświadczeniach, bano się bardziej niż nieprzyjaciela. Żołnierze wojewody ruskiego słynęli bowiem z rabunków i bezwzględnego postępowania z mieszkańcami. Jeszcze bardziej we znaki dawał się im skierowany przez hetmana wielkiego litewskiego Pawła Sapiehę do obrony tych terenów sędzia ziemski mozyrski, pułkownik Jego Królewskiej Mości, Samuel Oskierka – odważny dowódca, ale przy tym rabuś i gwałtownik niezrównany. Nadejście takich obrońców było dla mieszkańców prawdziwym dopustem bożym. Narzekali i protestowali na ich obecność. Jednak, gdy ci odchodzili, ludność Pińszczyzny lamentowała, że teraz zostaje wydana na łup a to Kozakom, a to Moskwie, a to lesunom.

Szlachta pińska, podobnie jak i innych województw i powiatów, nie zaprzestawała w wysiłkach, aby zapewnić sobie obronę we własnym zakresie. Podejmowała uchwały o wystawieniu własnej chorągwi, tzw. powiatowej, pod którą na wezwanie wybranego powiatowego chorążego miała stawiać się miejscowa szlachta. Z ochotą panów braci do narażania zdrowia i życia w służbie wojennej bywało różnie. Znane są jednak przypadki, w których szlachta stawała dzielnie przeciw najeźdźcom i rabusiom.

Pan Marcin Nowicki, szlachcic z powiatu pińskiego, oprócz wojaczki starał się prowadzić normalne życie ziemianina i utrzymywać dobre relacje z sąsiadami. Jednym z nich był pan Paweł Strzałka, bliski jego krewniak. Obaj należeli do szeregów raczej niezamożnej szlachty, na dodatek zubożałej z powodu zrujnowania ich ziem przez toczące się wojny. Na pana Strzałkę przyszedł kres w listopadzie 1659 r. Wdowa po nim, pani Marianna Mrozicka, postanowiła wyprawić mu godny pogrzeb i stypę. Nie mogło na niej zabraknąć jadła i napojów. W tej sprawie wdowa zwróciła się z gorącą prośbą do pana Nowickiego, aby zgodził się pożyczyć jej pewne urządzenie: halembik [alembik] z szapką y z trąbą miedzianą dla przepuszczenia gorzałki z prostey na Aquavitą [NGAB, Księga Grodzka Pińska 1666, Fond 1733, op. 1, nr 3, k. 307], czyli aparaturę do pędzenia alkoholu, a następnie jego destylowania.

Nic w tym dziwnego. W połowie XVII w. zwyczaj palenia gorzałki był już dość rozpowszechniony w Rzeczypospolitej. Szlachta z ochotą kosztowała tego mocnego trunku, który jak żaden inny potrafił ją rozweselić na wspólnych biesiadach. Do jego uzyskania potrzebna była jednak specjalna aparatura. A ta nie znajdowała się pod każdą szlachecką strzechą. Pani Mrozicka miała to szczęście, że bliski krewniak jej nieboszczyka męża takową posiadał i zgodził się jej użyczyć pod warunkiem, że zaraz po pogrzebie zostanie mu ona zwrócona.

Zanim do tego doszło, nad powiatem pińskim zawisło kolejne niebezpieczeństwo. W styczniu 1660 r. wydawało się, że nastał kres Wielkiego Księstw Litewskiego. Carskie wojska dowodzone przez kniazia Iwana Chowańskiego zajęły Grodno i Brześć Litewski, weszły na Podlasie, a następnie zawróciły w kierunku Nowogródka. Pińszczyźnie zaś od południowego wschodu ponownie zaczęły zagrażać watahy lesunów i Kozaków. W lutym stały się one na tyle groźne, że postanowił z nimi się rozprawić sam Samuel Oskierka. W celu wzmocnienia własnych sił nakazał chorągwi pińskiej połączyć się z jego oddziałami. Marcin Nowicki podążył na wezwanie chorążego. Pod koniec lutego Oskierka nagłym marszem uderzył na Kozaków. Wyciął ich watahy w Zubarewiczach, następnie wziął miasto Turów. Tam dowiedział się o Kozakach w Norzyńsku. Pewien sukcesu stanął pod tym miastem. Jednak oprócz Kozaków natknął się także na liczne oddziały moskiewskie. Ich wspólnym siłom nie dał rady. Poniósł porażkę i ledwo umknął. Inni nie mieli tyle szczęścia i dostali się do niewoli, a wśród nich także pan Nowicki. Spędził w niej ponad dwa lata.

Gdy wrócił w swoje progi, wiele się zmieniło, ale o halembiku nie zapomniał. Pani Strzałczyna była już ponownie szczęśliwą małżonką za panem Piotrem Szyrmą i jak się okazało, ani myślała oddawać halembik. Początkowo Nowicki sam ją nachodził i prosił o zwrot aparatury, jednak bez skutku. W sukurs przyszli mu przyjaciele, ale i oni nic nie wskórali. Żalił się pan Nowicki: I to już na swój pożytek zabrawszy i zagrabiwszy obróciła. Za którym zabraniem i zagrabieniem tego halembiku z czapką, z trąbą żałobliwy szacuje sobie złotych trzydzieście polskich. W końcu, w 1666 r., nie widząc innego sposobu, podał sprawę do Ksiąg Grodzkich Pińskich, oficjalnie skarżąc na postępek pani Marianny Mrozickej secundo voto Szyrminej. Czy odzyskał swój halembik – nie wiemy.

Źródło:
NGAB, Księga Grodzka Pińska 1666, Fond 1733, op. 1, nr 3, k. 307.


Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Logo MKiDN