© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Ad Villam Novam   Ad Villam Novam   |   22.11.2018

Jak z chłopców robiono tkaczy

Olbrzymie dobra magnackie powinny przynosić dochód. To wiedział każdy magnat i oczekiwał, by do jego szkatuły regularnie spływała z nich brzęcząca gotówka. W jednych dobrach udawało się to lepiej, a w innych gorzej. Wiele zależało od zaangażowania magnata w sprawy gospodarowania majątkami. Niektórzy zupełnie się nimi nie interesowali, inni wykazywali zadziwiającą troskę o organizację swoich majętności, podnoszenie w nich poziomu gospodarki, a tym samym zwiększania płynących z nich dochodów.

Rzecz jasna magnat osobiście nie był w stanie doglądać każdego swojego majątku i folwarku oraz zarządzać prowadzonymi w nich pracami. Już choćby na przykładzie rozległych dóbr Sobieskich widać, że zajmował się tym liczny zastęp zaufanych sług obdarzanych najróżniejszymi tytułami: generalnych komisarzy, generalnych ekonomów, administratorów, namiestników, pisarzy prowentowych, zarządców itd. Spisywali oni inwentarze dóbr, obliczali w nich przychody i rozchody gotówki, ziarna, siana, bydła, drobiu itd., by w końcu wyliczyć uzyskany roczny zysk. W bardziej rozwiniętych majątkach oprócz płodów rolnych rejestrowali powstające zakłady rzemieślnicze. Dość szybko okazywało się, że różnego rodzaju huty, papiernie, gorzelnie, warsztaty krawieckie, szewskie, tkackie i inne mogą przynieść znaczny zysk w postaci czynszów czy podatków pobieranych od obrotu ich produktami. Stąd, zwłaszcza gdy nastawał pokój, co bardziej gospodarni magnaci dokładali starań, by w ich dobrach powstawały tego rodzaju warsztaty i całe manufaktury. Problemem niejednokrotnie okazywał się brak fachowców, którzy potrafiliby zorganizować produkcję, a następnie utrzymać ją na właściwym poziomie. W majątkach litewskich czy ukraińskich zaradzano temu, ściągając „majstrów” z bardziej rozwiniętych regionów, np. z Prus Królewskich, a niejednokrotnie z zagranicy.

Druga połowa panowania króla Augusta II Sasa przyniosła wymęczonej wojną północną i walkami wewnętrznymi Rzeczypospolitej dłuższy okres pokoju. Wiele zrujnowanych majętności otrzymało szansę na odbudowę swoich gospodarek. A gdy jeszcze trafił się energiczny gospodarz, proces ten mógł nabrać imponującego tempa. Za przykład takiego gospodarza tych czasów może posłużyć Anna Katarzyna z Sanguszków Radziwiłłowa.

Urodzona w 1676 r. uczyła się u wizytek w Warszawie i jakiś czas spędziła na dworze królowej Marii Kazimiery. W 1692 r. wydano ją za mąż za podkanclerzego litewskiego Karola Stanisława Radziwiłła. Ślub z panną związaną z dworem miał dodatkowo związać Radziwiłłów z domem Sobieskich. Rychło jednak Sobiescy zeszli z głównej sceny politycznej, a Radziwiłłowie musieli zadbać o własną pozycję. Karol Stanisław nie należał do ludzi wybijających się inteligencją, energią czy innymi talentami. Miał jednak poważanie u szlachty, co później procentowało w relacjach jego żony ze społeczeństwem litewskim. Okazało się to szczególnie cenne po śmierci męża w 1719 r., gdy wobec małoletniości swoich synów musiała się zatroszczyć o rozległe dobra radziwiłłowskie. Ostatecznie, wypłacając znaczne sumy, udało się Radziwiłłom uwolnić tą ich część, którą zwano dobrami neuburskimi, od pretensji niemieckich potomków Ludwiki Karoliny Radziwiłłówny, córki ostatniego męskiego przedstawiciela Radziwiłłów birżańskich, księcia Bogusława oraz tych wysuwanych ze strony Sapiehów.

Anna Katarzyna już za życia męża wykazywała żywe zainteresowanie sprawami gospodarki. W 1714 r. założyła w Białej, w Koreliczach i w Nieświeżu wytwórnie kobierców. Po spłaceniu dóbr i uspokojeniu Litwy po niepokojach związanych z walkami o tron po śmierci Augusta II jej aktywność na polu gospodarki dodatkowo wzrosła. Budowała i naprawiała drogi, mosty, przeprawy, osuszała bagna, usprawniała gospodarkę rolną i hodowlę. Ponadto zakładała liczne manufaktury, huty, szlifiernie szkła chociażby w Nalibokach. W Białej i w Urzeczu powstały farfurnie. Do nieustannie rozwijanych wytwórni sukna w Białej i w Słucku sprowadzała fachowców z różnych części Rzeczypospolitej oraz z zagranicy. Co ciekawe, z każdym z nich zawierała kontrakty na kształcenie przy ich boku miejscowych chłopców. To swoiste inwestowanie księżnej w edukację własnych poddanych miało niewątpliwie na celu stworzenie spośród nich grona własnych fachowców, którzy z czasem mogli przejąć kierownictwo produkcją i przyuczać do niej kolejnych poddanych księżnej.

W zasobie Archiwum Radziwiłłów z Nieświeża, a dokładniej: jego części przechowywanej obecnie w Narodowym Historycznym Archiwum Białorusi w Mińsku, zachował się jeden z takich kontraktów. W imieniu księżnej Radziwiłłowej zawarł go w 1733 r. z jednej strony starosta słucki, pan Świniarski, a z drugiej – Frydrych Forychter, majster w rzemiośle tkackim.

Na naukę do warsztatu Forychtera oddano dwóch chłopców. Pochodzili z miejscowości Starobin, leżącej ok. 25 km na południe od Słucka. Wraz z okolicami należała ona do dziedzicznych dóbr Radziwiłłów. Warunki kontraktu zostały krótko, ale precyzyjnie określone. Nauka miała trwać pięć lat. W ciągu trzech pierwszych lat, a więc w okresie, kiedy chłopcy stawiać mieli pierwsze kroki w rzemiośle tkackim i potrzebowali stałej opieki majstra, Forychter miał zapewnione wynagrodzenie – cztery talary bite na rok za każdego chłopca. Nie musiał także łożyć na ich wyżywienie. Świniarski zapewniał bowiem na każdy rok, na każdego z nich dwa korce żyta, pół korca krup gryczanych, ćwierć korca krup gryczanych, korzec grochu, pół korca słodu i jednego tuczonego wieprza. Do tego dziesięć garncy soli.

Trudno powiedzieć, czy te wszystkie korce plus jedno tuczne prosię na rok dla dorastającego, ciężko pracującego młodzieńca to wystarczająca ilość żywności, czy może chłopiec skazany był na przymieranie głodem. Pamiętać należy, że dawne, nawet „karmne” wieprze, nie bardzo przypominały tych z naszych lat. Były znacznie mniejsze, bardziej podobne do dzików. Ilość zboża odmierzono w korcach. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, o jaki korzec chodzi. Przykładowo korzec toruński obejmował 54,7 l, gdański 54,8 l, natomiast krakowski aż 501 l. Wydaje się, że najbliżej nam do korca warszawskiego, czyli ok. 120 l. Jeśli tak, to samego żyta Forychter na wyżywienie jednego chłopca otrzymywał 240 l. Ile to kilogramów? Ile mąki? Ile bochenków chleba w dzisiejszym naszym rozumieniu? Jeśli odpowiemy na te pytania, będziemy mogli również dać odpowiedź, czy przyszli adepci sztuki tkackiej, przyuczając się do zawodu, chodzili głodni czy syci?

Obliczenia opierają się na założeniu, że mamy do czynienia z korcem liczącym 120 l i na tym, że dzisiejsze normy, które zastosujemy, w jakimś stopniu będą pasowały do tych sprzed 250 lat. Według dzisiejszych danych 1 m sześc. żyta to 730 kg. Wychodząc od tej podstawy, łatwo obliczyć, że Forychterowi przywożono każdego roku na jednego chłopca 175,5 kg żyta. By wypiec chleb, należało żyto zmielić na mąkę. Jest raczej pewne, że poprzestawano na uzyskaniu takiej, która zawierała całość zmielonego ziarna, czyli mąki pełnoziarnistej, tej najzdrowszej. Przy takim mieleniu niewiele tracono z ziarna i można przypuszczać, że ze 175,5 kg uzyskiwano ok. 170 kg mąki. Według dzisiejszych danych, z 1 kg takiej mąki można uzyskać ok. 1,2 kg chleba. Przyjmując, że wszystkie powyższe założenia są choć trochę zbliżone do realiów słuckich z 1. poł. XVIII w., na jednego chłopca na rok przypadałoby nieco ponad 200 kg chleba, czyli ok. 0,7 kg na dzień. Nie wiemy, czy Forychter mielił ziarno sam, czy oddawał je młynarzowi. Jeśli korzystał z usług młynarza, mógł z ziarna chłopców potrącać na konto zapłaty za zmielenie. Nie samym chlebem jednak chłopcom przychodziło żyć. Mieli zapewniony jeszcze korzec bogatego w wysokiej jakości białka i energii grochu, a do tego już niebyt hojny przydział krup jęczmiennych i gryczanych. Nie traćmy z oczu także karmnego wieprza na okrasę. Zapewne chłopcy głodni nie chodzili, jednak przejedzenie się na pewno im nie groziło.

Warunki te obejmowały pierwsze trzy lata nauki. W kolejnych dwóch obaj praktykanci mieli zarabiać na swoje utrzymanie pracą u Forychtera. Zakładano, że już na tyle nabiorą umiejętności w tkackim rzemiośle, że będzie to możliwe. Umowa była odpowiednio skonstruowana. Majster zobowiązywał się po pięciu latach oddać w pełni przyuczonych tkaczy, za których Radziwiłłowie w ostatnich dwóch latach nauki nie musieli płacić. Albo więc zarobili sami na swoje utrzymanie, albo Forychter musiał sam ich utrzymać. Umowa zaś zabraniała mu wykorzystywać ich do innej pracy, jak tylko przy tkactwie. Nic dziwnego, że bardzo mu zależało, aby w ciągu pierwszych trzech lat tak obu chłopców wyszkolić, by w następne dwa, pracując w jego warsztacie, zarabiali przynajmniej na siebie, jednocześnie doskonaląc nabyte umiejętności.

Niczym dziwnym w XVIII-wiecznych realiach było karanie ucznia przez nauczyciela czy majstra biciem. Nie zabraniano tego i Forychterowi. Ostrzegano go jednak, że jeśliby zbytnią surowością czy posyłaniem do innych niż przewidzianych umową prac doprowadził do ucieczki ucznia, będzie musiał w jego miejsce znaleźć innego, i to na własny koszt. Zapewne ten zapis dość skutecznie powstrzymywał co bardziej krewkich majstrów od maltretowania uczniów, zleceniodawcy chronili zaś w ten sposób swoją inwestycję.

Radziwiłłowie mieli nadzieję, że po pięciu latach ich manufaktury zasilone zostaną kolejnymi dwoma solidnie przyuczonymi do tkackiej sztuki młodymi pracownikami. Przyznać należy, że mając wizję rozwoju tego rzemiosła, działali perspektywicznie, inwestując w wykształcenie własnych poddanych. Wiemy też, że zawierali więcej podobnych umów na przyuczenie w różnych gałęziach rozwijanej w swoich dobrach gospodarki. Manufaktury tkackie w dobrach radziwiłłowskich rozwijały się i z powodzeniem funkcjonowały do pierwszych dziesięcioleci XIX w. Niewątpliwie znaczna w tym zasługa inwestowania w wykształcenie własnych poddanych.

Anno 1733 d. 23 Marty. Ja na podpisie wyrażony za wyraźną wolą y rozkazem J.O.Xieżny JEJMci Radziwiłłowey Kanclerzyney Wielkiej WXLitt. Pani y Dobrodzieyki moiey zkontraktowałem z Panem Frydrychem Forychterem Maystrem Rzemiosła Tkackiego w niżey wyrażony sposób. To iest przyimuie pomieniny Mayster Frydrych Forychter chłopców dwóch poddanych dziedzicznych J.O.Xzny JEJMci Mirona Postapisza, drugiego Dziemiana Szczerbicza z Miasteczka Starobina do nauki Rzemiosła Tkackiego na lat pięć po sobie continuo idących. W tym czasie obowiązuie się tych chłopców należycie wyuczyć Roboty Cychnerskiey Tkackiey, za co postępuie się Jemu na każdy rok od każdego chłopca za naukę po Talarów bitych cztyry, przytym Ordynarya taka: żyta korcy dwa, krup jęczmiennych puł korca, krup gryczanych korca czwierć, grochu korzec jeden, słodu puł korca, wieprza karmnego jednego, soli garcy dziesięć. To jest na każdego chłopca, a na obudwuch komputując ta ordynarya wyżey wyrażona in duplo dochodzić powinna. To wszystko iak Pieniądze od nauki, tak y Ordynarya przez lat trzy dawana będzie. Ostatnie dwie lata zaś, ponieważ chłopce na Dom Maystrowski robić będą, iuż bez zapłaty od Nauki y Ordynaryi wszelakiey zostawać będą skarbowey, iednak roboty żadney robić nie będą, tylko Maystrowi. Nie powinien tez Mayster tych do Nauki przyiętych chłopców do żadney iakieykolwiek roboty lub posługi domowey zażywać, dla lepszego progresu w nauce Tkackiey. A ieżeli by się przytrafiło, żeby z tych chłopcow który z daney okazyi Maystra bicia zbytne[go], z zażywania do robot niesłusznych, niedodawania wiktu należytego y tym podobnych uciec miał, tedy za Dowodem słusznym takowego Mayster stawić powinien. Inquantumby zaś, który procz wyrażonych okazyi ze sweywoli uciekł, za to pomieniony Mayster odpowiadać nie powinien będzie. Który to Kontrakt dając, ręką własną podpisuię przy Pieczęci moiey. Datt w Słucku Die et Anno ut supra.

J.S. Świniarski, starosta Xstwa Słuckiego

Źródło: NGAB, F. 694, op. 4, nr 1604, k. 21


Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Logo MKiDN