© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
   |   09.03.2015

Królowie i ambulatoria

Dzięki cudownym własnościom krwi królewskiej Luwr i Wersal to nic innego jak wielkie przychodnie.

W sumie każdy budynek, który aspiruje do miana dzieła sztuki, ma jakieś znaczeniowe centrum, jakieś serce, czerwone czy czarne, dziś znawcy problematyki komputerowej powiedzieli by: silnik. Tylko że silnik symboliczny. Nie ma wątpliwości, że monarszy pałac nad pałace, podparyski Wersal, niedościgły wzór despotycznych rezydencji, taki silnik posiadać musi, bo jeśli nie on, to co? Skądinąd na temat Wersalu nie zawsze miałem pogląd pozytywny. Ten wybuch monarszej buty, przed którą mieli się ugiąć wszystko i wszyscy, doprawdy przeraża. Do tego pomysł skoszarowania tam francuskiej szlachty, którego konsekwencje tak zabawnie (i nieco skatologicznie) opisał słynny duc de Saint-Simon, podaje wyobraźni nieskończenie długi szpaler giętych karków – najważniejszy z wersalskich szpalerów, choć nie zasadził go wielki Le Nôtre. Gdy widziałem pałac po raz pierwszy (ach, lata temu), wydał mi się jakiś przykurzony i zepsiały. Nawet Galeria Luster nie lśniła magicznym blaskiem. Błądził też po niej duch Anthony’ego Blunta, gdyż ów członek Piątki z Cambridge, wielki znawca francuskiej sztuki dworskiej, miał – jak każdy szanujący się szpieg – umiejętność bilokacji. A już najbardziej zawziąłem się na ową Chameau de la Reine, gustowną, idylliczną. Niemądry dwór przebierał się tam za jakichś arkadyjskich pasterzy i pasterki, Doratów i Filidy – nie powiem: Celadonów i Astree, bo to zupełnie inna sprawa. A lud słodkiej Francji cierpiał tymczasem srogą biedę – skutek kosztownych imprez wojennych, które ostatecznie skończyły się piękną katastrofą: francuscy marszałkowie z najwyższym trudem odepchnęli od bram Paryża zwycięskie pułki ks. Marlborougha i ks. Eugeniusza Sabaudzkiego. Kto widział ową chatkę, natychmiast pojmie rewolucję francuską.

Jednakże, gdy ostatni raz odwiedziłem Wersal, zdał mi się ładnie odnowiony i jakoś weselszy w promieniach słońca. Sala Luster świeciła pogodną tajemnicą (pamiętamy: lustra są z definicji tajemnicze). Nie kto inny jak Louis Aragon, niemądry komunista i wielki poeta, napisał kiedyś taki kawałek: „Kiedy w ostatnim ludzkim domostwie ostatni kawałek strzaskanego lustra odbijał ostatni cień kobiety, świat będzie nucił piosenkę francuską”.

Nostradamus to on nie był, jednakże od razu wpadamy w główną koleinę tego felietonu, czyli charakterystyczne dla Francji układy męsko-damskie wyższego szczebla. Wersal, co wszyscy wiemy, był tymi sprawami przeniknięty do fundamentów. Wszelako istniała tylko jedna prawdziwie wielka sprawa, akt najwyższej wagi państwowej: powołania na świat infanta, następcy tronu. Jak wiadomo, w monarchii francuskiej obowiązywało tzw. prawo salickie, na mocy którego po śmierci króla tron obejmował jego najstarszy męski potomek, a z braku takowego – najstarszy przedstawiciel najbliższej z linii pobocznych. Król mężczyzna w istocie nigdy nie umierał, co zapewniało dynastii ciągłość często nużącą różnych notabli i radykałów. Łoże królewskie: oto mistyczno-symboliczne jądro pałacu wersalskiego.

Wszelako lud francuski odczuwał niezwykłą więź ze swą dynastią, i to nie tylko w sensie kulturowym. Było to święte królestwo, na które wszystkie atrybuty władzy monarszej spadły z nieba: święta ampułka ze świętymi olejami, miecz, hełm, królewska banderia zwana: Oriflamme, i co tam jeszcze. Wszystko to miało podkład w grubym fundamencie na wpół tylko chrześcijańskich mitów, ze Świętym Graalem na czele. Krew króla była święta, tak jak jego persona, dzięki czemu monarcha przejawiał ogromne umiejętności terapeutyczne. Mianowicie dotknięciem rąk leczył skrofuły. Dzisiejsza medycyna określa skrofuły jako gruźlicze zapalenie węzłów chłonnych. Ongi inaczej bywało: rozumiano pod tym pojęciem wszelkie paskudne narośle, czyraki, krosty, wągry, wągierki etc.

Już dajmy sobie spokój z monarchami średniowiecznymi (bo ciemni), lecz weźmy się od razu do leczniczej agendy Ludwika XIII, ojca budowniczego Wersalu. Podaję za Markiem Blochem, wielkim historykiem francuskim, że w roku 1611 król przyjął 2210 osób, w 1620 – 3125, na Wielkanoc 1613 – 1070, 22 maja, w dzień św. Trójcy – 2400. Co do jego syna zaś, to Ludwik XIV na Zielone Świątki roku 1699 przyjął niespełna 3000 delikwentów. „W sobotę 8 czerwca 1715 roku, w wigilię Zielonych Świątek – pisze wielki historyk – w wielkim upale, bliski już śmierci, król dokonał po raz ostatni aktu uzdrawiania, dotknął ok. 1700 osób”. Później rytuał ten dość prędko obumarł, ale na wieki pozostała pamięć o dobroczynnych Wielkich Lekarzach Francji. Z tego punktu widzenia Luwr i Wersal to przede wszystkim wielkie ambulatoria.

O ile wiem, podobne rzeczy udawały się (choć słabiej) jeszcze w Anglii i chyba więcej nigdzie, a już z pewnością nie u nas, bo służba zdrowia zawsze była w Polsce w nędznej kondycji. Może gdyby Jan III urodził się kilka wieków wcześniej i założył trwałą dynastię, byłaby jakaś szansa. Choć – z drugiej strony – to dobrze, że jego prawica tak dobrze pasowała do szabli.