© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   29.06.2012

„Krysa”, czyli o karze za cudzołóstwo

Obowiązujące szlachtę prawo ziemskie nie przewidywało kary za cudzołóstwo. Jedynie w trzech województwach litewskich: bracławskim, kijowskim i wołyńskim, zachowano stary przepis Statutu litewskiego, wedle którego przyłapani na gorącym uczynku cudzołożnicy „oboje gardłem karani być mają”. Ale zapis ten praktycznie martwy. W polskich miastach lokowanych na prawie magdeburskim obowiązywał co prawda paragraf Zwierciadła Saskiego: „Kto został pochwycony na cudzołóstwie, karany jest śmiercią”, ale, rzecz jasna, nie obejmował on szlachty. Na ową lukę prawną i jej opłakane skutki skarżyli się często współcześni. „Na cudzołóstwo nie ma praw Polska, bo może ono bezkarnie uchodzić” – pomstował w kazaniu Piotr Skarga, zaś Andrzej Wolan zalecał: „prawotwórcy w tym wieku naszym o to się starać najwięcej mają, aby prawo srogie na cudzołożniki uczyniwszy, i zarazem sprosną zmazę wszytkiemu narodowi fałszywie zadaną zgładzili, a wszeteczność cudzołożników zahamowali”.

Ale choć szlachecka Temida była ślepa na cudzołóstwo, istniały jeszcze kary zwyczajowe. Milczą o nich dawni ustawodawcy, na szczęście zawsze możemy liczyć na wielomównych literatów. Łukasz Górnicki opowiada w Dworzaninie polskim (1566) anegdotę o Pukarzewskim, który będąc przekonany, iż ma świeżą szramę na twarzy, wykrzykuje w rozpaczy: „A bodajże go zabito! Mógł-ci wżdy gdzie indziej trefić niż przez gębę! A toć ja mężatek nie miłuję, a wdy mię Pan Bóg takową raną nawiedził”. Że Pukarzewski nie postradał zmysłów i nie gada od rzeczy, dowodzi choćby odnotowane przez Salomona Rysińskiego (1618) przysłowie: „Kto rad obłapia mężatki, bez oblicznej rany rzadki”. Owa rana na twarzy (tu: na obliczu) jako czytelny dla wszystkich znak amatora cudzych żon przetrwała co najmniej dwa stulecia. Nie dziwi zbytnio, iż najczęściej wspominają o niej fraszkopisowie. Cadasylan Nowokracki w zbiorku z 1649 r. przestrzegał: „Rzecz mieć chcesz z córką, a słowo z pań matką. / Ujrzysz, żeć przetną tę twarzyczkę gładką!”. Podobnie Wacław Potocki:

[...] kawaler w komplementy z damą,

Byle nie z cudzą żoną ani w kącie z samą –

Zdrajca przeciętą gębą zalotny przyjaźni

Białogłowskiej przypłaca u balwierza w łaźni.

Ten ostatni głos o tyle istotny, że sugeruje, iż szrama na twarzy nie była skutkiem użycia szlacheckiej szabli, lecz brzytwy golibrody, którego na cudzołożnika należało napuścić.

Temat wyraźnie zafrapował Hieronima Morsztyna, który poświęcił mu cykl czterech fraszek. Zaczyna od powtórzenia znanych ostrzeżeń: „Powiadają, że takim gęby wycinają, / którzy się z mężatkami porozumiewają” czy: „Kto się oblicznej ujść chce na tym świecie rany, / nie gnij mężatek”, by przejść do opowieści w pierwszej osobie: „Żem spał z mężatką, gębę mi mają / wyciąć – tak mi sąsiedzi mawiają” lub:

            Zastał mnie jeden, a ja śpię z mężatką

            (A prawiem trafił był na panią gładką!).

            Rzecze: „Oblicznej ty nie ujdziesz rany,

            Toć u mężatki kiep zwajca kochany!”.

Przejście to o tyle ciekawe, że zdaje się mieć biograficzne pokrycie. Staropolskie rękopisy zachowały bowiem fraszkę Zaloty szkodliwe, która opowiada o przygodzie, która nabawiła „paragrafu w gębie Morsztynowej”.

            Bogdaj nie słychać o takowej doli,

            Co to, choć miło, sromota i boli.

            A kiedy jeszcze i kupić to przyjdzie,

            W wiecznej za to żyć u ludzi ochydzie.

            Kto bowiem pojrzy na przecięcie gęby,

            Rzecze: „Justynci miał ostre kiep zęby!”

Autor nie skąpi danych personalnych. Morsztyn pozostaje bezimienny, ale jego pani to żona Lasockiego, wywodząca się z kupieckiego rodu Korniaktów. Jednak imię, Justyna, może już być licencją kopisty, który chciał widzieć personalia tam, gdzie ich nie było. W podstawie odpisu mogło być równie dobrze: „Już tén ci”, co tłumaczyłoby fakt, że każdy mógł widzieć ślad „po kpie” mężatki, ale nie każdy potrafi z niego wyczytać imię właścicielki.

Że duch w szlacheckim narodzie nie ginął, dowodzi jeszcze fraszka Daniela Bratkowskiego z 1697 r. Przez gębę krysa, cudza to Krzysia. Jeśli miłość potrafi Sarmatę zranić, to miłość cudzołożna zostawiała trwalsze blizny.