© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
   |   27.03.2018

Kura i tortura

Dla higieny egzystencjalnej trzeba czasem popisać o jakichś makabrach, bo inaczej mogłoby się wydawać, że autor uważa panowanie człowieka za jakiś raj, albo coś w ten deseń. No to ździebko o torturach.

Od razu można zadać pytanie o definicję tortur, bo niby każdy wie, ale pomądrzyć się trzeba. Mądrzy się tedy i między innymi słynny Michel Foucault, który, choć doszedł do wielkiej sławy, był uczonym całkiem autentycznym i ciekawe stawiającym problemy. W jednej ze swych najgłośniejszych prac Foucault pisze, że istnieją trzy warunki konieczne, aby dana czynność mogła otrzymać wzniosłe miano tortury. 

Najprzód musi ona wywoływać pewną dozę cierpienia; cierpienia, by tak rzec, mierzalnego i hierarchizowalnego. Zachodzi przecie różnica miedzy łamaniem kołem, czy wbijaniem na pal, a zrywaniem paznokci.  Nota bene jeden z moich przyjaciół, były dyrektor Muzeów Londyńskich powiedział mi, że w zbiorach jednej z jego placówek, mianowicie w Tower of London, znajduje się zmyślna zrywaczka do paznokci z okresu Tudorów, jeno - przyczyn humanitarnych – jej nie pokazują. No, ale wróćmy do Foucaulta.

Otóż, w myśl drugiego kryterium (można je ambitnie nazwać drugim prawem torturologii) tortura musi „wprowadzać zależność pomiędzy uszkodzeniem ciała , rodzajem, intensywnością, czasem trwania cierpienia, a rodzajem przestępstwa, rangą przestępcy”.  Na ostatek tortura musi być częścią pewnego rytuału specjalnie delegowanego do karania przestępców. Mądre, prawda?

Wszystko to jest z pewnością słuszne, choć może nieco zbyt proste, jak na taką głowę (tzn. Foucaulta). Oczywiście chodzi tu o torturowanie społeczno-polityczne, a nie o zabiegi, którym jakiś bandyta poddaje swą ofiarę. Najciekawszy jest tu rytuał, rytmiczny porządek na wpół magicznych czynności, bo przecież nikt mi nie wmówi, że rudy François Ravaillac, morderca Henryka IV czuł cokolwiek, gdy na koniec rozrywano go końmi. No właśnie, Ravaillac…

Lata temu pewna Francuzka, dobra dziewczyna i  katoliczka, opowiedziała mi stary dowcip, który wciąż funkcjonuje w jej pięknym kraju. Jak wiadomo król Henryk miał wiele efektownych powiedzonek: „Paryż wart mszy”, „Za moim białym pióropuszem” no i złowieszcze – „Chciałbym, aby każdy Francuz miał co niedziela kurę w garnku”. A więc wyobraźmy sobie taką scenę:  pogodnym popołudniem 14 maja 1610 roku siedzi paryska rodzina przy obiadku, pani domu wnosi na stół parującą wazę. Pan domu podnosi pokrywkę, czerwienieje na twarzy i krzyczy „znów kura! Żeby to jasne pioruny zatrzasły!”. Za czym chwyta nóż ze stołu (czy już mógł widelec, czy Francuzi się od nas już tego nauczyli?) i wybiega pędem z domu. A żona za nim krzyczy – „gdzie biegniesz, Ravaillac…”.

No dość będzie z tym Ravaillakiem, opis jego kaźni jest zbyt znany, aby go tu przytaczać. Można tylko napomknąć, że dosłownie skopiowano ten model przy egzekucji Piekarskiego. W tym momencie prawo Kownackiego mija się z prawdą: to my zapożyczyliśmy coś od Francuzów. I nie ma się czym chwalić.

W każdym razie Ravaillac dostał był karę główną, bo po zabójstwie króla raczej trudno my byłoby się ubiegać o karę niegłówną   – takie rozróżnienie funkcjonowało bowiem w barokowej Francji. Co zrozumiałe, wojsko miało swój specyficzny zestaw tortur, który pięknie ozdabia obyczaj znany Polakom z opowieści o stosunkach panujących w armii carskiej. Otóż skazany musiał przebiec się przez dwuszereg kolegów z oddziału, z których każdy musiał wyciorem od karabinu przyłożyć nieszczęsnemu przynajmniej raz. Nie przynajmniej – po prostu raz. Znamy ten proceder choćby z opowiadania Stanisława Rembeka pt. „Igła”, sfilmowanego przez Machulskiego, jako „Szwadron”. Jak dowiedziałem się z pracy „Codzienność dawnej Francji”  (red. Michel Figeac), a konkretnie z tekstu p. Reynalda Abada, w barokowej armii francuskiej utarł się podobny obyczaj, tylko miast wyciorem lano płazem szabli. Skutki były zapewne podobne, albo jeszcze gorsze, a przeżywalność niewielka. Mam niebłahą nadzieję, że tego Francuzi od nas nie zapożyczyli.