© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   26.10.2020

Mowy weselne, czyli jak budowano szlachecki prestiż

Kultura oratorska dawnej Rzeczypospolitej zaznaczyła się dorobkiem szczególnym, pozostawiając szereg interesując dzieł, które uświetniały uroczystości państwowe, kościelne czy ceremoniały rodzinne. Wszelkiego rodzaju mowy, dziękowania, kazania wpisały się niezwykle mocno w koloryt życia codziennego i nadzwyczajne okazje, które były dobrą okolicznością zabawienia gości, podkreślenia swojego znaczenia, czy podniesienia prestiżu. Wśród znaczących siedemnastowiecznych mówców odnajdziemy Samuela Przypkowskiego (ok. 1592-1670), Piotra Kochlewskiego (zm. 1646) czy Jakuba Sobieskiego (1591-1645), ojca przyszłego monarchy. Zdarzali się i tacy mówcy, których wystąpienia spotykały się z niewybredną krytyką, nudziły słuchaczy jako nieporadne, szkolne, zbyt sztuczne lub nadmiernie zawikłane. Różne przeznaczenie mów wymuszało na oratorach sięganie po rozmaite środki artystycznego wyrazu. Najpopularniejsze wydawały się biblijne lub starożytne egzempla, które jak oratorskie zwierciadła miały ukazywać dostojne czyny bohaterów, wojenne zasługi przodków czy pobożne fundacje szlachetnych matron. Z czasem pojawiły się poradniki (np. Kazimierza Jana Wojsznarowicza Orator polityczny materiąm weselnym y pogrzebowym słvzący, 1677), które podpowiadały, jakie istotne elementy winny znaleźć się w oracji przygotowywanej na różne okazje, jak chwalić rodziny godniejsze i zamożniejsze, a jak te skromniejsze. Należało przy tym być bardzo ostrożnym, by nie zrazić sobie uczestników ceremonii nieopatrznym słowem czy aluzją i sprowokować ich do przeciwnych działań. Szczególnie w przypadku mów towarzyszących konkurom czy zrękowinom, kiedy to wymagano wyjątkowego sprytu, elegancji i delikatności w staraniach o pannę. W szlacheckim świecie gestów każdy element zabiegów małżeńskich był bowiem niezwykle istotny, co nie wykluczało zachowań rubasznych, niespodziewanych i wymykających się przyjętym i oczekiwanym zachowaniom. Sama Elżbieta Sieniawska, kasztelanowa krakowska, skarżyła się mężowi – „Jam amorów nie miała, bośmy się krótko zalicali”. Popularność wzorników listów była znaczna, o czym świadczą szlacheckie sylwy pełne notatek i skrótów z najciekawszych mów.

Aktywność oratorska różnych patronów i ich sług była też dobrym sposobem zaznaczenia swojej aktywności w życiu publicznym, a możliwość zabrania głosu w sejmiku, sejmie, na dworze królewskim czy w domu patrona dawała szansę na rozwój kariery politycznej. Dobrzy mówcy, elokwentni, umiejący odpowiednio dobrać słowa i treści do stosownych okazji, a do tego dobrze się prezentujący w czasie oratorskich popisów, znajdowali posłuch wśród szlachty i byli zapraszani przez swoich współbraci w celu uświetnienia rodzinnych uroczystości – ślubów, chrztów, pogrzebów – czy na dwór królewski. Oratorsko-rękopiśmienna tradycja nakazywała przechowywanie najlepszych popisów krasomówczych w postaci druków okolicznościowych lub rękopiśmiennych notatek w domowych sylwach. Chwalono się nimi przez lata, korzystano z nich w przygotowaniu własnych propozycji czy wystąpień, upowszechniano wśród rodziny i przyjaciół. Celem tych działań była nie tylko chęć zachowania pamięci o szczególnych wydarzeniach, ich uświetnienia i wpisania w rodzinną tradycję, ale i pragnienie obecności w zbiorowej pamięci szlacheckiego społeczeństwa, które kreowało dzięki temu specyficzny i zrozumiały dla swojej grupy kod kulturowy. Były jednocześnie swoistą nauką ojczystej historii, obleczonej w pychę magnackich rodzin, których to „ojcowie Ojczyzny” dokonywali wiekopomnych czynów, a córy pobożnością swoją mogły uczyć starotestamentowe niewiasty. Szlachecka familiarność miała przy tym bardzo publiczny wymiar, zamieniając rodzinne ceremonie w rodzaj teatralnych przedstawień i inscenizowanych widowisk. Przyczyn tych zachowań należy szukać w potrzebie społecznego uznania, próbie kreowania pozytywnego wizerunku własnej osoby, demonstracji wysokiej pozycji społecznej, siły i władzy w celu osiągnięcia prestiżu i płynących stąd profitów. Ceremonie rodzinne były znakomitą okazją do prezentowania i podtrzymywania więzów zależności klientalnych, przynależności do określonego kręgu patronackiego, manifestacją szacunku i uznania szlachcica wobec możniejszego patrona, który w taki czy inny sposób uczestniczył w ceremonii. Dla patrona z kolei stanowiły łatwą drogę do prezentacji swojej potęgi i prestiżu, chwalenia się liczbą oddanych klientów, przypomnienia roli i miejsca jego familii w szlacheckiej pamięci i w życiu publicznym.

Szczególne miejsce wśród oratorskich popisów zajmowały ślubne epitalamia, będące jednym z elementów staropolskiej ceremonii weselnej. Oprócz właściwej mowy weselnej –  epitalamium – sławiącego nowożeńców, ich rodziców i przodków, będącego pochwałą małżeństwa i jego opiekuna boga Hymeneusza, wygłaszano mowy przy okazji każdej części nupitalnego ceremoniału – z okazji konkurów, przy powitaniu oblubieńca, przy oddawaniu panny, dziękowaniu za pannę, oddawaniu pierścienia lub wieńca, dziękowaniu za pierścień i wieniec, darowaniu słodkich prezentów np. marcepanu, bądź przy pokładzinach. Znawczyni zagadnienia Małgorzata Trębska doliczyła się aż trzydziestu odmian oracji weselnych. W zależności od okoliczności mowy weselne przybierały mniej lub więcej demonstratywny charakter, zachwalały cnoty nowożeńców, opisywały nową rzeczywistość, czy też były rodzajem komentarza do poszczególnych części ceremoniału weselnego. Zawarcie związku małżeńskiego zasadniczo wpływało na konfigurację układów familijnych, a nawet politycznych. Wiele rodzin szlacheckich wypracowało własne strategie małżeńskie, które były konsekwencją dążeń do osiągniecia lepszej pozycji materialnej i społecznej, stąd też możliwość upublicznienia ceremonii w postaci udziału w niej szacownych gości, oratorów i pisarzy, których zadaniem było dodać świetności wydarzeniu i utrwalić go w „publicznej” pamięci. Miało to ważne znaczenie dla kultywowania pamięci o czynach przodków, ale przede wszystkich prezentacji nowego pokolenia, które poszukiwało środków wyrazu, by zaistnieć w nowej rzeczywistości. Zachowania takie inspirowały szlachtę do naśladowania pewnych wzorców, a w ślad za tym utrwalały poczucie przynależności do elitarnej grupy społecznej.  Korowody przodków, wzniosłość dokonań na polu walki, podniosła idea obrony Ojczyzny czy gorąco zachwalane chrześcijańskie cnoty były stałym elementem wszelkich tego rodzaju oracji, podkreślającym wspólnotę dokonań i jedność szlacheckiej tradycji niezależnie od faktu, że część z nich była jedynie oratorską narracją i służyła utrwaleniu prestiżu rodzin. W mowach podkreślano więc osobiste zasługi nowożeńców lub – jeśli takich jeszcze nie poczynili ze względu na młody wiek – odwoływano się do dzieł szlachetnych przodków „po mieczu i kądzieli”, co miało utrwalić przekonanie o starożytności rodu i jego znakomitych dokonaniach, a w ślad za tym otoczyć powszechnym szacunkiem kolejne pokolenia. Chwalono grzeczność nowożeńców, gładkość i czystość panny, i siłę charakteru pana młodego.

Na takim koncepcie skonstruował swoją mowę „Dziękowanie za Jmć Pannę Łaszczankę, wojewodziankę bełską, od Jmć Pana Potockiego, starosty halickiego…” znany orator i pisarz Jan Stanisław Jabłonowski (1669-1731), wojewoda ruski. Napisał ją i wygłosił z okazji ślubu Marianny Łaszczówny (1701-1731) ze Stanisławem Potockim (1698-1760), starostą halickim, który odbył się we Lwowie 9 lipca 1719 roku. Drugą mowę wygłosił przy tej okazji wprawny mówca Janusz Antoni Wiśniowiecki (1678-1741), wojewoda krakowski. Jabłonowski nie omieszkał podkreślić zasług całego rodu Potockich, wymieniając hetmanów i bohaterów „nieśmiertelnej sławy” i „nieporównaną cnotą świecące” kobiety tego Domu i ich znakomite koneksje z rodzinami Sanguszków, Radziwiłłów, Lubomirskich, Tarłów i Jabłonowskich, rozciągając tym samym blask znakomitej chwały na własną osobę. Orator, choć jak się zdaje naciągnął nieco rzeczywistość (miałby wówczas zaledwie siedem lat), sięgnął pamięcią do ślubu dziadów panny wojewodzianki bełskiej – Urszuli z Krasickich (zm. 1719) i Andrzeja Modrzewskiego (zm. 1683), podskarbiego wielkiego koronnego, kiedy to „ja od Modrzewskiego wieniec oddawałem roku sławnej żurawińskiej [bitwy] we Lwowie”. Chwalił „zacność” domu Łaszczów – Elżbiety z Modrzewskich (zm. 1728) i Aleksandra Michała (zm. 1720), wojewodów bełskich – którzy „córkę zacną w dom zacny JmP starosty halickiego” wprowadzają. Upowszechnienie poprzez przekaz mówiony lub/i drukowany własnych dokonań, znakomitych paranteli, galerii wybitnych przodków, co z „Turkiem wojowali”, by okryć glorią sławy cały szlachecki Dom, miało ogromne znaczenie w systemie wartości szlacheckiego świata. Nie omieszkał wykorzystać tych elementów autor wierszowanej, barokowo erudycyjnej mowy weselnej Marianny z Rzewuskich (zm. 1722), hetmanówny polnej koronnej, i wdowca Stanisława Władysława Potockiego (1678-1732), strażnika wielkiego litewskiego. Sławiąc dokonania ich antecesorów, sięgał głębokich koligacji obojga narzeczonych i pisał:

Purpury różne, Koronna Buława,
Wiecznie pamiętnej ręki STANISLAWA,
Y same nawet z JANEM Trzecim Trony,
A z nim Cesarski Maiestat skrewniony.
W KUNICKICH idą nieśmiertelną ligę,
Na zaszczyt Domu, na sławy obligę.
Ozdoba ziemi, że Jowisz przy Ledzie,
Z Ziemskimi Pany, górne związki wiedzie.


Przywołanie postaci samego króla Jana III Sobieskiego, którego sprytnie wpleciono w bogatą listę postaci skoligaconych z rodzinami Potockich, Rzewuskich i Kunickich dodawało niewątpliwie blasku nowożeńcom i stawiało ich w rzędzie społecznych elit. Krasomówczy talent oratora, chętnie nawiązującego do motywów i symboli antycznych, które splatał z rzeczywistością Rzeczypospolitej, z pewnością zapewnił mu uwagę słuchaczy.

Ignacy Oczykowski, autor wydanej drukiem mowy weselnej Honoraty z Lutomskich i Ksawerego Miłaczewskiego (1772 r.), zachwalał cnotę panny młodej, opisując jej rodzinne koneksje i składając hołd jej patronom – „w prześwietnym Górowskich wypielęgnowana Domu, na żywe cnót i czynów chwalebnych Jaśnie Wielmożnej z Górowskich kasztelanki, Pani i Dobrodziejki Twojej, co moment zapatrując się wyrażenia, podobnym wszelkich doskonałości naśladowaniem, stałaś się Jej we wszystkim Weroniką podobna”. Tym samym składał przede wszystkim hołd patronce panny młodej. Nie omieszkał też według przyjętego wzorca pochwalić kandydata na męża.

Oprócz mów weselnych interesującym rodzajem twórczości były diariusze i relacje weselne, które utrwalały wydarzenia niczym współczesna kamera, a ich autorzy piszący na zamówienie, nie pomijali żadnych szczegółów ceremonii, ubarwiając niekiedy wydarzenia „ku chwale i pamięci”. Wart odnotowania jest na przykład Dyaryusz aktu weselnego J.O. Xcia Józefa Lubomirskiego (zm. 1755), podstolego wielkiego litewskiego, z Magdaleną Lubomirską, miecznikówną koronną, który odbył się 26 czerwca 1755 roku. Autor diariusza skupił się przede wszystkim na wizualnej stronie ceremonii i przygotowanego z tej okazji widowiska – tłumach gości, kawalkadach jeźdźców, „odgłosie trąb, kotłów, muzyk regimentowych i nadwornych, tudzież na rozporządzonym na bateriach ogniu z armat”, i obfitości stołów, przy których biesiadowali goście. Nie omieszkał jednak wspomnieć o staraniach w konsystorzu o uzyskanie dyspensy blisko spokrewnionych nowożeńców. Zdawał sobie zapewne sprawę, iż właśnie plastyczne przedstawienie ceremonii przyciągnie uwagę licznych czytelników. Znając zamiłowanie szlachty do ozdobności i niezwykłości, podkreślał więc wspaniałość konceptów architektury weselnej – łuków triumfalnych i stołów weselnych uginających się pod ciężarem cukrów i słodkich wet, które ułożone w misterne konstrukcje, symbolizowały rajskie ogrody, pełne balustrad, postumentów, postaci i fontann, tryskających wodą spływającą kaskadami w dół, tworząc rzekę – herbową Szreniawę Lubomirskich. Opisujący weselną ceremonię, autor potrafił uatrakcyjnić swój przekaz, stopniując napięcie i „dodając” efekty dźwiękowe, towarzyszące ceremonii – widowiskowe, barwne i głośne fajerwerki – girandule, race, luftkugle, fontanny ognia, młynki horyzontalne, bomby i różnorodne machiny ogniowe, które miały zadziwić zgromadzonych gości i utrwalić w ich pamięci niezwykłość ceremonii weselnej. Uczestnikiem tego rodzaju weselnych spektakli, dziejących się w przestrzeni publicznej, byli też ludzie różnych stanów, na których z pewnością takie widowiska wywierały potężne wrażenie, przekonywały o bogactwie i niezwykłości ich organizatorów. Tym ostatnim zaś trudno było przełamać obowiązujące zwyczaje, tworzył się więc pewien kanon kulturowy grupy, bez przestrzegania którego nie można było spełnić przyjętych oczekiwań. Co więcej, były one swego rodzaju imperatywem, który wymuszał podobne postępowanie na mniej zamożnych, a chcących dorównać elitom. Świadectwem tego może być diariusz wesela Barbary z Reuttów i Mikołaja Chrapowickiego (zm. ok. 1800), starosty pilwiskiego i marszałka orszańskiego, klienta Czartoryskich. Autor diariusza weselnego średniozamożnego szlachcica z pretensjami zwrócił uwagę na te same elementy towarzyszące organizacji ceremonii weselnej, które pojawiły się u Lubomirskich – liczbę gości, prezencję nowożeńca i jego konia –  znacznie mniej uwagi poświęcając narzeczonej – oraz efekty wizualne i dźwiękowe. Porównanie tych dwóch źródeł znakomicie oddaje tożsamość kultury szlacheckiej, niezależnie od zamożności jej twórców, chęć przynależności do tego samego świata wartości i gestów.