© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   22.03.2012

O „wieku rękopisów”

Polski wiek XVII nazywany jest przez historyków literatury „wiekiem rękopisów”. Może to dziwić, że w 150 lat po wynalezieniu druku, który stał się w XVI stuleciu podstawowym medium obiegu dzieła literackiego, następna epoka w Rzeczypospolitej (bo zjawisko należy uznać za pewien ewenement w skali europejskiej) obok oficjalnego kolportażu literatury w formie druku wytworzyła swoisty drugi obieg, który polegał na powielaniu tekstów w formie rękopiśmiennej.

Fenomen ten kojarzony jest na ogół z dwoma rodzajami aktywności piśmienniczej. Po pierwsze z rękopiśmiennymi księgami rodzinnymi, owymi przechodzącymi z ojca na syna „lasami rzeczy” (silva rerum), do których wpisywano wszystko, co zainteresowało aktualnego posiadacza manuskryptu. Obok tekstów literackich spotkać w nich można kopie dokumentów, przepisy kulinarne, notatki typowo pamiętnikarskie, relacje z bieżących wydarzeń itp. Dla pojęcia „wieku rękopisów” mają one mniejsze znaczenie. Drugi rodzaj aktywności związany jest z powstawaniem autorskich kodeksów rękopiśmiennych, które zawierały wyłącznie utwory literackie i które celowo były tworzone z myślą o czytelnikach z kręgu bliskiego pisarzowi. Nierzadko tworzyli oni na swoje potrzeby odpisy, dzięki którym – w związku z tym, że niewiele autografów dotrwało do naszych czasów, określona część dorobku danego autora w ogóle jest nam znana. Na przykład tylko z kopii znamy dziś utwory z Sumariusza wierszów Hieronima Morsztyna czy liryki z Kanikuły Jana Andrzeja Morsztyna.

Geneza tego zjawiska nie jest oczywista. Wskazuje się czasem obawy autorów przed cenzurą, której restrykcje wzrosły w początkach wieku XVII w efekcie działań duchowieństwa katolickiego po przyjęciu ustaleń soboru trydenckiego. Spowodowało to z pewnością pisanie do szuflady w przypadku autorów, którym patronowała Muza podkasana, niemniej farby drukarskiej nie ujrzało przecież ówcześnie również wiele utworów bez zarzutu pod względem obyczajowym, jak np. Transakcyja wojny chocimskiej Wacława Potockiego, wydana po raz pierwszy w połowie XIX w. Jako powód zaistnienia zjawiska podaje się również brak zainteresowania zamożniejszej szlachty publikacją tekstów literackich, gdyż tworzenie poezji nie uchodziło za czynność nobilitującą, lecz raczej za rozrywkę prywatną. O druk zabiegali głównie autorzy próbujący znaleźć za pomocą literatury patrona, jak np. Samuel Twardowski, który wywodził się z niezbyt zamożnej szlachty. Można jednak wskazać przypadki autorów, które pozwalają myśleć, że nie było to regułą (np. Wacław Potocki część swych utworów przeznaczał do druku, inne – wcale nie gorsze – nie). Czasem także wskazuje się upadek miast po „potopie szwedzkim”, co doprowadziło do zubożenia ośrodków miejskich i upadku wielu drukarń, jako czynnik dodatkowo utrudniający publikację w drugiej połowie stulecia.

Skutki rękopiśmiennego obiegu literatury są, z grubsza rzecz ujmując, dwojakie. Po pierwsze nierzadko brak jest kanonicznej, autorskiej postaci tekstu. Tekst powielany przez kolejnych kopistów żyje bowiem swoim życiem, które prowadzi do szeregu odkształceń. Mniejsza o to, gdy zmiany mają charakter neutralny. Nie ma większego znaczenia, gdy w erotyku Jana Andrzeja Morsztyna w jednym manuskrypcie jest Kasia, a w innym Ania (oba słowa mają po dwie sylaby, więc rytm wersu się nie zmienia). Rzecz się jednak komplikuje, kiedy jednak kopista jest twórczy i przykładowo poprawia lekcję, która wydaje mu się błędna, mimo że jest autorska, albo kiedy dopisuje swój początek i zakończenie. Jeszcze większy problem, jeśli twórczych kopistów było kilku, gdyż dzisiejszy wydawca musi poprzez żmudne badania tekstologiczne spróbować określić kierunek zmian i wskazać redakcję, która jego zdaniem jest najbliższa wersji pierwotnej. Nie jest to zadanie łatwe i skutkuje szeregiem wątpliwości, ponieważ zwykle każdy wydawca nieco inaczej postępuje, korzystając z tych samych przekazów jakiegoś utworu. Już chociażby kolejność utworów w Kanikule czy Lutni Jana Andrzeja Morsztyna to wynik rekonstrukcji, gdyż w kolejnych kopiach kolejność ta jest różna (poza tzw. wierszami ramowymi). W niektórych kopiach Kanikuły nie wszystkie wiersze się pojawiają (bywa ich mniej, bywa więcej). Czy to oznacza, że za podstawę wydania wziąć należy kopię z największą liczbą utworów, czy może raczej wybrać do rekonstrukcji cyklu te wiersze, które powtarzają się we wszystkich dostępnych dziś przekazach?

Druga kwestia, która jest efektem obiegu rękopiśmiennego, to problem ustalenia autorstwa (tzw. atrybucji). Otóż mamy wiele utworów, które wciąż szukają swego autora. Dobrym przykładem może być Obleżenie Jasnej Góry Częstochowskiej, ułożony oktawą epos z połowy XVII w., który Jan Czubek wydał w 1930 r. pod nazwiskiem Walentego Odymalskiego. Ustalono później, że ksiądz Odymalski, pisarz znany skądinąd jako autor obszernego poematu mesjadowego, nie mógł dzieła napisać, ale jak dotąd historycy literatury nie zgodzili się na innego twórcę, którego wysuwa się w kolejnych hipotezach. Przypomnieć też można, że pierwotnie Transakcyję wojny chocimskiej wydano jako utwór Andrzeja Lipskiego. Jeszcze większy problem pojawia się w przypadku wierszy drobniejszych, które przepisywano bez łączenia ich z konkretnym nazwiskiem i które z czasem stawały się własnością wszystkich. Prowadzi to do sytuacji, że wiersze jednego poety trafiały do dorobku innego (np. utwory Jana Smolika czy Hieronima Morsztyna) i dopiero w efekcie żmudnych dociekań udaje się ustalić właściwego autora.