© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   25.11.2016

Peregrinatio academica gdańskiego przyrodoznawcy Johanna Philippa Breyne’a, cz. III: do Florencji

9 sierpnia 1703 roku Johann Philipp Breyne i jego kompan w towarzystwie kilku kupców z Hamburga opuścili Lizbonę i ruszyli na wybrzeże do Cascais. Jak poprzednio zaokrętowali się na angielskim okręcie wojennym St. George i czekali na pomyślne wiatry. Te jednak nie nadeszły, dlatego gdańszczanie po krótkim namyśle zdecydowali, że przesiądą się na mniejszy statek, który będzie płynąć do Italii. Ich wybór padł na Great Russel zmierzający do Livorno.

Płynąc na jego pokładzie wzdłuż północnego wybrzeża Afryki, nazywanego niekiedy Wybrzeżem Barbarzyńskim, Breyne zobaczył góry, których szczyty chowały się w chmurach – „tak wysokie, jakich dotąd jeszczem nie oglądał”.

15 sierpnia na morzu rozszalał się bardzo silny sztorm, który utrzymywał się przez kilka dni i, jak napisał gdańszczanin, „wystawił moją cierpliwość na niejedną próbę”. Wiatr ucichł jednak, kiedy Great Russel mijał „najdalszy róg Afryki”, Cabo Espartel, a nocą 19 sierpnia zapanowała cisza morska, która miała okazać się równie groźna co niedawna burza. Następnego ranka statek dryfował bowiem zaledwie ćwierć mili angielskiej (a więc mniej niż 500 m) od plaż Czarnego Lądu, co groziło osadzeniem na mieliźnie i najpewniej rozpruciem kadłuba. Niebezpieczeństwu zaradził jednak doświadczony kapitan, który ku zdziwieniu Breyne’a nakazał spuścić wszystkie szalupy wraz z ludźmi na wodę, połączyć je olinowaniem z dryfującym statkiem oraz odholować go na bezpieczną odległość od lądu, dzięki czemu można było kontynuować wyprawę.

W diariuszu podróży Breyne zapisywał, iż w kolejnych dniach oglądał z oddali miasta portowe: Asilę, Tanger, spowity w chmurach i „porośnięty rozmarynem Jibbel D’Zatute nazywany przez Anglików Apes’ Hill; a także hiszpańską Tariffę u podnóża gór […] Gibraltar […] oraz Ceutę leżącą w dolinie wciśniętej między dwoma wzniesieniami”. 24 sierpnia o świcie, kiedy fleuta mijała Malagę, podróżnik notował: „z pokładu o dziewiątej rano zobaczyłem wznoszące się wokół Granady wspaniałe góry”. Nic dziwnego, że Breyne wracał uwagę właśnie na wzniesienia. Pochodził przecież z Gdańska – miasta leżącego na rozległych pomorskich nizinach.

Przez kolejne dni podróżnik nie zrobił ani jednej notatki, aż 11 września statek dotarł do Zatoki Walenckiej. Tam postanowiono uzupełnić zapasy żywności o „owoce, winogrona, melony, migdały, figi, rodzynki i cebule”. Korzystając z okazji, następnego poranka młody lekarz zszedł na ląd razem ze swym towarzyszem i, jak w Portugalii, pojechał z nim za wieś, gdzie zachwycił się hiszpańską florą. W pobliżu Walencji rosło bowiem „mnóstwo drzewek owocowych – cytrynowych i pomarańczowych – a poza tym migdałowce, morwy, figowce, winorośle, mastykowce oraz rozmaite zioła, rozmaryn, mirt, tymianek, hiszpański chmiel, oleandry, grano turco (gryka zwyczajna), lawenda, róża hiszpańska itp., itd.”. O tamtejszych dorodnych winogronach podróżnik napisał natomiast z uznaniem, że „są one nad wyraz słodkie, wzrastają obficie […], a do tego poszczególne grona mają wielkość sporej śliwki; rośnie tu także słodka cebula, której główka jest niemniejsza niźli główka dziecka”.

14 września Great Russel mijał już Cap Martinet na hiszpańskiej Ibizie. 23 i 24 września z pokładu fleuty podziwiano brzegi Majorki, 30 września – Korsykę, a 1 października po kilkutygodniowym rejsie – włoskie umocnienia portowe.

Kiedy gdańszczanie zeszli na ląd w Livorno, zamieszkali w gospodzie „Biały Krzyż”, w której spotkali wielu podróżników z różnych krajów. O samym Livorno Breyne napisał zaś tyle, że „jest to ludne miasto handlowe i portowe należące do Wielkiego Księcia Toskanii, ulice są tu bardzo regularne i raczej szerokie, domy – duże i ładne, większość z nich zdobią z zewnątrz różnobarwne freski, gmachy mają także niewielkie wieżyczki, z których można podziwiać i miasto, i morze; samo miasto jest zaś wielkości Portsmouth, otaczają je fortyfikacje, żyje tu mnóstwo kupców, razem około trzydziestu tysięcy mieszkańców, z czego dziewięć tysięcy to sami żydzi”. W tak opisanym mieście należało zobaczyć przepiękne molo wraz z nabrzeżem portowym, synagogę, zamek, latarnię morską, dużą prochownię i La Granda Piazza, na której wznosiła się katedra. Jednak trzeba było ruszać dalej, więc po niespełna tygodniu podróżnicy opuścili wyczekiwany z utęsknieniem port, żeby pojechać konno do oddalonej o trzydzieści kilometrów Pizy.

Podróżując przez interior, gdańszczanie z podziwem oglądali „dorodne dęby, ostrokrzewy i kolczaste mirty”. Już po trzech godzinach jazdy dotarli do „drugiego miasta Toskanii położonego nad Arno”.

„Arno to szeroka i spławna rzeka biegnąca przez środek [Pizy] – notował Breyne – niemniej dlatego, że jej stan często się podnosi, rzeka ta ma umocnione brzegi, które chroni bardzo gruby i wysoki mur”. O samej Pizie gdańszczanin napisał natomiast, że są w niej piękne i szerokie ulice oraz ładne, należycie wzniesione budynki, „w których wstawiono papierowe okna zamiast szklanych szyb”. W mieście żyło trzydzieści cztery tysiące rodzin i działała bardzo sławna uczelnia.

Swoim zwyczajem młody lekarz opisał również, które miejsca, jego zdaniem, należało w mieście odwiedzić. I tak, na pierwszym miejscu znalazło się zbudowane z bloków białego marmuru i porfiru duomo, w którym znajdował się „wspaniały mozaikowy ołtarz główny i równie ładne mniejsze ołtarze, srebrne cyborium podtrzymywane przez anioła wykonanego ze srebra, które kosztowało dwadzieścia cztery tysiące sudów […], kamienna kazalnica, ołtarz patrona Pizy św. [Teodoryka] Ranieri […], który sprawił wiele cudów, miejsce pochówku cesarza Henryka VIII, mnóstwo pięknych rzeźb i obrazów, a także zapierająca dech w piersiach wspaniała kopuła”.

Na zachód od katedry wznosiło się przepiękne „baptysterium pod wezwaniem św. Jana ze zgrabną kopułą, filarami i kunsztownie wykonaną marmurową białą kazalnicą”. W miejscu tym, jak zaznaczył młody lekarz, ściany tak dobrze odbijały głos, że powstawało echo. Przestrzeń po wschodniej stronie duomo spowijał zaś nieustannie „cień, a to ze względu na bardzo słynną krzywą wieże, zbudowaną na złym fundamencie przez baumajstra z Tyrolu w MCLXXIIII roku”. Na szczyt wieży można było wejść, co cieszyło Breyne’a, gdyż roztaczał się stamtąd wspaniały widok na całą Pizę.

Na północ od świątyni znajdowała się kolejna podziwiana przez gdańszczanina budowla – Camposanto. „Otoczone pięknymi galeriami z jasnego marmuru, z namalowanymi na ścianach farbami wodnymi pięknymi freskami, które przedstawiają historie biblijne, na przykład tę o Judycie i Holofernesie […]. Święte Pole jest miejscem pochówków [..] i rzeczywiście można zobaczyć tu wiele grobów […]. Po środku galerii znajduje się natomiast otwarty plac ze świętą ziemią przywiezioną wprost z Jerozolimy; powiadają, że gdy się w niej kogoś pogrzebie, w ciągu zaledwie jednej doby zniknie wszystek mięso i zostaną same kości”.

Podsumowując swoje wrażenia z wizyty na Campo dei Miracoli, gdańszczanin uznał, że „te cztery budowle na jednym placu są najpiękniejsze spośród tych, które można w Pizie zobaczyć”. Niemniej już akapit dalej opisywał kolejne miejsca, jakie należało, jego zdaniem, odwiedzić.

I tak, godny uwagi okazał się również Dom Rycerzy św. Stefana na Piazza dei Cavalieri z fasadą ozdobioną barwnymi wizerunkami herbów rycerskich; kościół pw. św. Stefana z wysokim frontonem wykończonym w marmurze; murowany i zadaszony wielki arsenał książęcy oraz sukiennice z podcieniami – „co prawda mniejsze niż w Londynie czy Amsterdamie, ale dalece od nich ładniejsze, marmurowe, z ładnymi izbami, można się tam schronić nie tylko przed deszczem, ale i spiekotą”. Gdańszczanin wskazywał także na „pięciomilowy mur, którędy ołowianą rurą płynie do miasta woda z interioru”, magazyny zbożowe nieopodal zamku, dwa kościoły – della Spina na brzegu Arno i Santo Sepulture – oraz „cztery kolegia, ogród medyczny i gabinet osobliwości, o których więcej podaję w dzienniku łacińskim”. Ten jednak niestety gdzieś zaginął.

13 października o siódmej rano gdańszczanie opuścili malowniczą Pizę i ruszyli w dalszą drogę przez Toskanię. Po zaledwie trzech godzinach jazdy znaleźli się w Lukce, która „nie zrobiła na nas większego wrażenia […], ulice są tam bowiem wąskie i nieregularne, acz można tam znaleźć ładne pałace”. Podróżnicy zwiedzali także bibliotekę przy klasztorze augustianów, „niemniej i ona nie jest niczym szczególnym”, stwierdził zawiedziony młody Breyne. Następnie podróżnicy wierzchem pojechali przez Pistoię i żyzny interior do „miasta rezydencjonalnego Wielkiego Księcia […] nazywanego po włosku la bella”, czyli do Florencji, gdzie zabawili kilka miesięcy.

Literatura:

Na podstawie: J.P. Breyne, Reisetagebuch 30. Mai bis 27. November 1703, FB Gotha, Chart. B 858, Bl. 11v–20. Materiały zebrano w trakcie pobytu badawczego w Forschungsbibliothek Gotha w ramach Herzog-Ernst-Stipendium der Fritz Thyssen Stiftung.