© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   13.02.2015

„Pocześniej, ale nie pożyteczniej” – jak kupcy ormiańscy z polskim posłem przez Mołdawię przejeżdżali

Społeczność ormiańska w Rzeczypospolitej, skupiona głównie we Lwowie, słynęła ze swego handlu z muzułmańskim Wschodem. Znajomość języków wschodnich i obecność ziomków na obszarach Imperium Osmańskiego ułatwiały Ormianom ich działalność. Osiągane dochody były znaczne i pozwalały co bardziej przedsiębiorczym kupcom ormiańskim na zbicie pokaźnego majątku. Handlowano ze Wschodem, sprowadzając stamtąd rozmaite towary, przeważnie luksusowe, jak słynne perskie i tureckie dywany, drogie tkaniny (w tym jedwab), ozdoby itp. Spieniężano to w Polsce po wysokich cenach. Tak intratne interesy wymagały jednak odpowiedniego zabezpieczenia, gdyż karawana kupiecka była łakomym kąskiem dla różnych rabusiów, grasujących na Bałkanach i obszarach nadczarnomorskich. Dlatego dobrym rozwiązaniem dla kupców było przyłączenie się do orszaku poselskiego, który miał zapewnioną ochronę. Tak też stało się w 1557 r., kiedy do Stambułu wyruszyło poselstwo kasztelana chełmskiego Andrzeja Bzickiego. Dzięki zachowanej relacji uczestnika podróży, poety Erazma Otwinowskiego, znamy przebieg poselstwa – i nieoczekiwany przypadek, jaki trafił się towarzyszącym posłowi Ormianom.

Poselstwo wysłane zostało przez króla Zygmunta Augusta dla załagodzenia napięcia, wywołanego wypadami księcia Dymitra Wiśniowieckiego na ziemie nadczarnomorskie. W połowie lipca 1557 r. orszak poselski opuścił Kamieniec Podolski i w towarzystwie licznych kupców ormiańskich podążył przez Mołdawię i Bałkany do Stambułu. Podróż była bezpieczna, a sprzyjający Polakom hospodar Aleksander Lăpuşneanu nie szczędził posłowi uprzejmości. Legacja u sułtana Sulejmana Wspaniałego również przebiegła pomyślnie i w połowie września Polacy ruszyli w drogę powrotną. Zadowoleniu posła sekundowało dobre samopoczucie kupców, którzy zdążyli załatwić nad Bosforem swoje interesy i „z ciężkiemi wozy” ruszyli na przedzie orszaku ku granicom Rzeczypospolitej. Dodajmy, że i członkowie poselstwa prowadzili ze sobą każdy po dwa konie tureckie, kupione w Stambule, tak więc wszyscy mogli uważać wyprawę za udaną.

I tym razem wszakże okazało się, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Jeszcze na terenie tureckiej Rumelii doszło do zwady z podróżującymi Turkami, gdy na drodze pomieszały się konie i woły obu orszaków. Przepychanka przerodziła się w bójkę i tu kupcy ormiańscy odegrali niemałą rolę: przyjechawszy na miejsce zwady i widząc przewagę Turków, włączyli się do walki i przeważyli szalę na polską stronę. Ostatecznie towarzyszący posłowi czausz turecki załagodził awanturę.

Przydali się Ormianie Polakom i później, gdy 1 października w czasie przeprawy statkiem przez Dunaj złamało się koło u wozu Otwinowskiego – poszkodowanemu pomogli właśnie Ormianie, „którzy na to bardzo sposobni”, jak zanotował. Niestety, oni sami mieli wkrótce ucierpieć, gdy doszło do konfliktu interesów między nimi a posłem. Oto 4 października do orszaku dołączył celnik mołdawski, domagający się opłaty za przewóz towarów. Poseł, działając w interesie towarzyszących mu Ormian, wysłał od razu trzech ludzi do hospodara, by wyjednać zwolnienie z opłaty. Niemniej, gdy po dwóch dniach cały orszak dotarł do miasteczka Łopuszna, trzeba było przerwać podróż, dopóki sprawa się nie wyjaśni. Ponieważ w Łopusznej rezydował brat hospodara, nie można było zignorować jego żądań w sprawie ceł.

Poselstwo zabawiło zatem w nudnym zapewne miasteczku pogranicznym cały następny dzień, a o świcie 8 października poseł zdecydował, że trzeba jechać dalej. Przyszli zaraz do niego Ormianie, błagając, by nie opuszczał ich, zanim nie przyjdzie odpowiedź od hospodara i deklarując, że opłacą koszt pobytu. Wyniosłoby to ich taniej niż uiszczenie myta za tyle przewożonego towaru, jednakże poseł, któremu śpieszyło się do ojczyzny, nie oglądając się na nic zarządził wyjazd. Ormianie, mając do wyboru zostać samym w Łopusznej lub pośpieszyć z posłem, wybrali tę drugą możliwość, by nie tracić korzyści z przysługujących posłowi ułatwień w podróży.

Niestety, Mołdawianie uznali niespodziewany wyjazd za próbę wymknięcia się z towarem i ruszyli w pościg w sile czterdziestu zbrojnych. Dogoniwszy Polaków w „półtoru mili” (ok. 10 km), zatrzymali cały orszak. Jak zanotował Otwinowski, nie było jak bronić się przed Mołdawianami, bo i byli gotowi do walki, i mieli słuszną przyczynę, wymawiając posłowi, że wyjechał nie czekając na odpowiedź hospodara w sprawie myta. Polacy tyle tylko wynegocjowali, że pozwolono im dojechać do pobliskiej wsi i tam Mołdawianie oddzielili wozy ormiańskie od poselskich i jęli nawet wiązać niektórych kupców. Tamże znów cały dzień zmitrężono, nim wreszcie Ormianie okupili się urzędnikom zebraną naprędce sumą czterystu talarów. Wyrzekali też na posła, że byłoby mu „pocześniej” (zaszczytniej) na koszt kupców czekać na odpowiedź w Łopusznie, niż dać się zatrzymać w drodze, na co jednak kasztelan chełmski odrzekł krótko: „pocześniej, ale nie pożyteczniej”.

Ostatecznie dopiero 10 października poseł i kupcy ruszyli dalej i po trzech dniach dotarli do Kamieńca Podolskiego. Tutaj dogonił ich wysłany uprzednio do hospodara goniec z wiadomością, że władca zwalnia Ormian z obowiązku zapłacenia myta. Musiało to z pewnością jeszcze bardziej rozżalić niefortunnych kupców.