© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   18.12.2017

Podróż do Rzymu Jakuba Lanhausa

Jakub Lanhaus należał do Zakonu Kanoników Regularnych Stróżów Świętego Grobu Jerozolimskiego, którego członkowie określani są w skrócie mianem bożogrobców. Sam Lanhaus jest osobą tajemniczą, bo prawie wszystko, co o nim wiadomo, pochodzi z jego dziennika podróży do Wiecznego Miasta. Z pochodzenia był Czechem, być może urodził się w Kutnej Horze, ponieważ w tym właśnie mieście w czasie swojej wyprawy do Italii spotkał się ze swoim ojczymem i jedną z sióstr. W mieście tym chodził również do szkoły – być może było to kolegium jezuickie. Około 1759 r. Jakub opuścił rodzinne strony i pod koniec 1762 r. był w Gnieźnie (gdzie bożogrobcy mieli od czasów średniowiecznych swoją siedzibę).

W 1768 r. Lanhaus wyruszył z pierwszej stolicy Polski do Rzymu. Mijał kolejno: Poznań, Pragę, Wiedeń, Trydent, Mantuę, Bolonię, Florencję, aż wreszcie znalazł się w Wiecznym Mieście. Spędził tam prawie rok: od 28 lipca 1768 do 30 czerwca 1769 r. Jego podróż była czysto zawodowa – miał „przypilnować” sporu o fundację szpitalną w Gnieźnie między bożogrobcami a kapitułą katedralną. W czasie podróży Lanhaus sporządzał notatki, opisując miejsca (warunki fizyczne, architekturę, wnętrza, głównie oczywiście kościołów czy klasztorów), ludność poszczególnych miast i ich sposób ubierania się oraz zachowania, spotkania z postaciami, które wcześniej znał, jak również nowo poznanymi, posiłki, rozrywki czy precyzyjnie podając swoje wydatki (w końcu to zakon finansował jego wyprawę). Chciałoby się powiedzieć: standardowa narracja płynąca z dzienników podróży.

Lanhaus jednak w swoim dzienniku przemycił wiele informacji, które określają go jako człowieka, przeciętnego zakonnika 2. poł. XVIII w. Mimo że miał święcenia kapłańskie, potrafił korzystać z uroków życia: dobre jedzenie, dobre trunki, niekiedy hazard, rozrywki typu parady czy sztuki teatralne także nie były mu obce. Zakonnik bardzo dbał o higienę – zdziwił się, gdy w Mittewald an der Drau musiał umyć sobie twarz w fontannie, bo w miejscu, w którym spędził noc, nie dostał ani wody, ani ręcznika.

Denerwowało go złe zachowanie jego współtowarzysza na jednym z odcinków wyprawy – na szczęście dla niego krótkim. Lanhaus nie mógł znieść, że przeszkadzał on woźnicy, wciąż albo spał, albo palił fajkę i na dodatek łapczywie jadł. Najwidoczniej zakonnik cenił sobie dobre maniery, ciszę, spokój. Dodał też, że jego współtowarzysz mówił bardziej po rusku aniżeli po polsku, co może miało być pewnym usprawiedliwieniem jego gorszego wychowania.

Lanhaus cenił też uczciwość, a za jej brak zganił Polaków, których spotkał w Rzymie. Został tam zaproszony przez studentów z Rzeczypospolitej na czekoladę i lemoniadę, potem zaś każdy z nich wypił po butelce wina. Lanhaus poczuł się oszukany, ponieważ okazało się, że to on musiał zapłacić cały rachunek, bo studenci byli bez pieniędzy.

Ogólnie jednak Lanhaus lubił spotkania z mieszkańcami polsko-litewskiego państwa za granicą – głównie dlatego, że mógł porozmawiać z kimś po polsku, choć przed wyjazdem był przestrzegany, by raczej unikać ich towarzystwa. Nie było to nowe ostrzeżenie – stronienie od towarzystwa Polaków zalecali głównie rodzice w instrukcjach wychowawczych dawanych dzieciom przed ich podróżami edukacyjnymi do Europy Zachodniej. Ostrzeżenia nie były bez przyczyny i także Lanhaus się o tym przekonał. Zakonnik był bardzo zaskoczony, gdy grając w karty z jednym Polakiem, którego znał, zauważył, że tamten chciał go oszukać. Pod koniec swej podróży, już w Rzymie, Lanhaus uznał, że do Wiecznego Miasta powinni przyjeżdżać tylko Polacy dobrze wykształceni, ponieważ młodzi studenci z polsko-litewskiego państwa często hańbią swój kraj i w czasie zagranicznych wojaży niczego się nie uczą.