© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   03.08.2012

Rekreacje starego Sobieskiego

Diariusz Kazimierza Sarneckiego przynosi szczegółowy zapis codziennych zajęć Jana III Sobieskiego w latach 1691-1696. Autor szczególną wagę przykładał w nim do informacji, jak podupadającemu na zdrowiu królowi poprawiano nastrój.

Obok słuchania muzyki, przyglądania się tańcom młodzieży czy gier towarzyskich, którymi zabawiano się zwykle wieczorami, do ulubionych rekreacji monarchy należała przejażdżka po okolicy. U Sarneckiego raz po raz czytamy wzmianki, iż: „Król jegomość jeździł na przejażdżkę”, „Król jegomość z królewicami ichmościami jeździł w pole na przejażdżkę” czy: „Po obiedzie królestwo ichmoście na przejażdżkę jeździli”. Jak zanotował Giovanni Battista Fagiuoli, który odwiedził dwór w 1690 roku: „Jeździ on zwykle poszóstną karetą z dwiema lub trzema innymi jadącymi naprzód (obyczajem polskim) i napełnionymi dworską szlachtą. Otacza go pomieniona straż uszykowana w skrzydła zobopól powozu lub naprzód postępująca”. Zapewne okoliczne wycieczki przejażdżki nie zawsze odbywały się z takim przepychem, ale tak w każdym razie bywało na ogół.

Ponieważ wzrok zapalonego czytelnika i bibliofila na starość osłabł, najbliżsi niekiedy raczyli go lekturą: „W wieczór królowa jejmość pewną książkę francuską zabawiała czytaniem króla jegomości circiter przez godzin dwie, potem ks. Vota i jegomość pan poseł, aż zasnął, że wszyscy odeszli z pokoju”.

Podstawową rozrywką była jednak konwersacja. Spośród dworskich rezydentów w ostatnich latach swego życia dwóch rozmówców cenił sobie król Jan szczególnie wysoko. Pierwszym był poseł Ludwika XIV, opat Bonportu, Melchior de Polignac, który na dwór królewski przybył z początkiem sierpnia 1693 roku. Od razu też brzęknął zasobną sakiewką, by się efektownie pokazać: „jak prędko tu stanął, zaraz na kilkanaście paziów i tyleż lokajów kazał robić barwę barzo bogatą z czerwonego aksamitu. Sama osóbka barzo szczupła, zdająca się, że nie ma lat trzydzieści, tylko że go nos trochę zdobi, a włosy na głowie, lubo w tak młodym wieku, a parte posędziałe. Musi być jednak coś godnego i mądrego, ponieważ go tu w tych interesach przysłano” – donosił w liście swemu pryncypałowi Kazimierz Sarnecki. Odtąd w diariuszu Sarneckiego niemal co dzień znajdujemy informację, że „poseł francuski różnymi dyskursami króla jegomość zabawiał”.

Drugim ulubionym towarzyszem rozmów był włoski jezuita Carlo Maurizio Vota. Król pasjami „z księdzem Votą rozmawiał i z niego żartował” (znów Sarnecki), bo też był z jezuity „wielki gaduła” (wedle relacji Fagiuoli). Francuski dworzanin Jana III, François Daleyrac, odnotował, iż monarcha wręcz umierał z nudów bez rozmów z nim. Podobnie Sarnecki pisał, że choć król „zabawiał się z różnymi ichmościami dyskursami”, to jednak „bez ks. Voty bardzo teskni, który już od kilku dni na gorączkę ustawiczną choruje”.

Obu interlokutorów król chętnie napuszczał na siebie lub też sam ich podpuszczał: „król jegomość z ks. Votą i posłem francuskim z teologijej dysputował, rzucając obiema trudne do solwowania kwestyje” – zanotował nieoceniony Sarnecki.

Rzutki Vota potrafił też rozerwać króla na inne sposoby. W początkach grudnia 1693 roku powrócił on z rocznej misji z do Rzymu i Neapolu, skąd przywiózł wiele niezwykłych „eksponatów”. Doskonale znając słabostki monarsze, zaczął od prezentacji „8 klacz neapolitańskich”. Te zapadły Sobieskiemu w pamięć do tego stopnia, że trzy miesiące później „patrzył na dziedziniec, kazawszy sobie przyprowadzić neapolitańskie klacze, te, które ks. Vota z Rzymu przyprowadził. Bardzo się pięknie spasły i okazalsze się widzą niż kiedy były schudzone”.

Z tego samego wojażu przywiózł Vota również inne cuda, które zachwyciły króla. Ot, choćby pozytyw: „różne pokazywał galanteryje jegomości ks. Vota, osobliwie taki pozytyw, który tylko kręcić potrzeba na kształt kołowrotu, nastrojone instus pieśni gra tak, jakoby przebierano po nim; potem szkatułki, obrazy i insze parnathalia”.

Inną pasją Sobieskiego, jak przystało na wojskowego, były atlasy i mapy. Miał ich w swoim księgozbiorze niemało i chętnie zabawiał się ich studiowaniem oraz... korektą. Jeszcze spod Wiednia donosił w liście Marysieńce: „Racz tedy, waszmość moje serce, naprzód wiedzieć, że wszystkie mapy węgierskie są arcyzłe i z nich się informować niepodobna. Mam ja tylko jedną dobrą, i to jeszcze, kiedy już przyjdzie do granic polskich, nie bardzo doskonałą”. Stąd u króla nawyk nanoszenia w czasie wypraw wojennych uzupełnień i poprawek dostępnych atlasów (w 1682 roku Sobieski chciał udostępnić francuskiemu wydawcy map, Guilllaume’owi Sansonowi, korekty dotyczące dostępnych map Polski, Ukrainy, Rusi, Węgier, Transylwanii, Mołdawii i Wołoch). Odwiedzający dwór królewski Giovanni Battista Fagiuoli w charakterystyce władcy nie omieszkał odnotować: „Posiada nadto siła wiadomości i wyborny z niego geograf”. Kartograficzne zamiłowania Jana III podzielał także włoski jezuita: „Król [...] z ks. Votą zabawiał się i mapami, które z sobą przywiózł, i one przy królu jegomości kliść kazał” – pisze Sarnecki.

W księgozbiorze królewskim osobny dział stanowiły „Księgi kopersztychowe”. Owe, jakbyśmy dziś określili, wydawnictwa albumowe były zbiorami miedziorytów z różnych dziedzin. Sobieski cenił sobie zwłaszcza ryciny z architekturą. I tu ks. Vota okazał się niezastąpiony: „Po obiedzie jegomość ks. Vota przyjechał [...] i różnych przywiózł z sobą kopersztychów, architektur i obrazów miast [...]. Potem zabawiał króla jm. różnymi o rzymskim państwie dyskursami, relacyjami”.

Wszechstronny jezuita umiał utrafić też w bardziej przyziemne zainteresowania króla. Z niemałą konsternacją Sarnecki zapisał, że część z owych prezentowanych przez Votę miedziorytów przedstawiała wizerunki „osób malowanych, najwięcej nagich”! Wzmiankę puentuje pełen oburzenia autorski wykrzyknik: „pudendas res!” (‘haniebna rzecz!’). Wykrzyknik zresztą cokolwiek dziwny. Wystarczyło wszak, by Sarnecki rozejrzał się po królewskiej kolekcji obrazów na ścianach dworu w Wilanowie czy zamku w Żółkwi, gdzie rojno było od mitologicznej golizny. Starość nie zabija apetytu na życie. Ten sam gust, na który zżymali się ówcześni kaznodzieje i moraliści, sprawił wszak, że tak chętnie czytamy erotyczne czułości w epistolograficznych wyznaniach młodszego Sobieskiego do Marysieńki.