© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   21.06.2012

„Serenada północna na ślub niezwyczajny” Jana Andrzeja Morsztyna, czyli dzieje pewnego skandalu

Ślub Jana Sobieskiego z Marią Kazimierą d’Arquien de la Grange, znaną po prostu jako Marysieńka, odbył się 5 VII 1665 r. w kaplicy na Zamku Królewskim w Warszawie. Udzielał go Antonio Pignatelli, ówczesny nuncjusz papieski, w przyszłości następca piotrowy, Innocenty XII. Marysieńka była wdową zaledwie od trzech miesięcy, w świetle staropolskiego obyczaju, kiedy oczekiwano co najmniej półrocznej żałoby po zmarłym mężu, był to czas nieprzyzwoicie krótki. Bardziej zorientowani wiedzieli jednak, że państwo młodzi wykazali się dużo większą niecierpliwością. Była to bowiem ich druga uroczystość ślubna. Pierwsza, nieoficjalna, miała miejsce 14 V 1665 r. w kościele Karmelitów w Warszawie, zaledwie pięć tygodni po śmierci pierwszego męża Marysieńki, Jana Zamoyskiego.  

Burzliwy romans między Sobieskim a Marysieńką trwał od 1655 r. O poślubieniu Zamoyskiego trzy lata później zadecydowały jego koneksje i fortuna, ale pierwsze uczucie bynajmniej nie przygasło. Maria Kazimiera poczyniła już daleko idące kroki w celu uzyskania rozwodu, kiedy dość nieoczekiwanie 7 IV 1665 r. Zamoyskiego zabił zawansowany syfilis do spółki z pijaństwem. Droga do ślubu z ukochanym wreszcie stanęła otworem.

Dzień po tajnej ceremonii ślubnej jej uczestnik, Piotr de Bronzi, tak donosił Ludwikowi XIV: „Królowa polska uznała za stosowne nie odwlekać dłużej małżeństwa marszałka Sobieskiego z wdową po wojewodzie Zamoyskim [...]. Wiele osób było innego zdania, sądząc, że nie należy się spieszyć z usatysfakcjonowaniem Sobieskiego, już choćby tylko ze względu na przyzwoitość, jako że wojewodzina jest wdową dopiero od pięciu tygodni. Ponieważ jednak królowa obstawała przy konieczności przyspieszenia małżeństwa, zostało ono zawarte w prywatnej kaplicy, w obecności niewielu osób [...]. Małżeństwo nie zostało jeszcze podane do publicznej wiadomości, choć wszyscy domyślają się, że ślub się odbył”. Agentów francuskich trudno posądzać o dyskrecję, w związku z tym przypuszczać należy, że Bronziego nie poinformowano o powodach tak dużego pośpiechu, a jego samego widać nie uderzyło, czemu tajny ślub obywał się w środku nocy.

Zdecydowanie lepiej poinformowany okazał się Jan Andrzej Morsztyn, który preludium do owego zdarzenia opisał w kunsztownie skomponowanej Serenadzie północnej na ślub niezwyczajny wielkiego stadła, intonowanej w Warszawie przy skończonej sprawie. Jak na serenadę utwór to dość niezwykły i dezynwoltura, z którą poeta obchodzi się z jej wyznacznikami gatunkowymi, dowodzi mistrzostwa operowania tą formą liryczną. Pieśń podzielona została na kwestie męskie i damskie odpowiedzi, a ów dialog donosi o nader pikantnych szczegółach. Personalia rozmówców nie zostały przywołane, ale sformułowania typu: „kochany, / Z dawna przy mężu za męża obrany” dla wtajemniczonych – a tych w Warszawie raczej nie brakowało – były aż nadto wymowne.

                        Moda nastała poprzedzać wesele –
                        Umie to Wenus i jest tego wiele.
                        Kto chce, wszytkiego dokazywać może,
                        A komuż wadzi nasze skryte łoże?

                                               Od tego noc mamy,
                                               Przecz na ślub czekamy?
                                               Wszędzie jest łożnica,
                                               Gdzie oblubienica.

Rozmówczynię nie trzeba było namawiać:

                                               Spać z sobą nie bronię,
                                               Od łóżka nie stronię.
                                               Potem ślub weźmiémy,
                                               Gdy się ochłodzimy.

Życie pokazało, że owa upojna noc okazała się nocą przedślubną jak najdosłowniej. Kochankowie przyłapani in flagranti przez królową Marię Ludwikę zostali przymuszeni do natychmiastowego ślubu. Tak donosił o tym skandalu Stefan Niemirycz elektorowi brandenburskiemu Fryderykowi Wilhelmowi: „Pani Zamoyska miała w pałacu królewskim na [Krakowskim] Przedmieściu schadzkę arcymiłosną z rzeczonym panem Sobieskim nocy o jedenastej godzinie. Królowa, zaskoczywszy ich na uczynku, oświadczyła panu Sobieskiemu, że jeśli nie zechce niezwłocznie poślubić pani Zamoyskiej, musi zginąć. Trzeba więc było zdecydować się na ślub albo na śmierć. Przyszedł potym ksiądz i dał im o północy ślub w pałacu”. „Ceremonia wprawdzie, że krótka i niekosztowna, bardzo mi się podoba” – ironizował na temat niezwykłego zajścia w liście do swej narzeczonej Bogusław Radziwiłł.

Pamiętajmy, że temu podwójnemu ślubowi, którym tak gorszyła się opinia publiczna, patronowało namiętne uczucie, któremu późniejsza królewska para zawdzięczała długoletnie szczęśliwe pożycie małżeńskie.