© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   01.12.2013

Sprawa Antonia Tardellego w 1695 roku

Rzadko się zdarza, żeby zwykła sprawa o zabójstwo poróżniła niemal wszystkich czołowych politycznych statystów (z królem włącznie) i zakończyła się międzynarodowym skandalem. Wszystko zaczęło się w piątek 22 kwietnia 1695 r., kiedy to warszawscy rybacy wyciągnęli z Wisły tajemniczą skrzynię, a w niej ciało młodej kobiety „z uciętymi nogami, z ponadcinanymi rękami, z perłami na szyi, z pierścionkami diamentowymi na palcach, w kamizelce burkatelowej, z kilkunastą w kieszeni talerów bitych”. Denatkę zidentyfikowano jako żonę wachmistrza królowej Marii Kazimiery Katarzynę Konopacką, która zniknęła bez śladu kilka dni wcześniej. Od razu wykluczono motyw rabunkowy. Krótkie śledztwo wykazało, że zabójcą był włoski winiarz Antonio Tardelli wraz ze swoją żoną, którzy zwabiwszy Konopacką do piwnicy swego domu, przebili ją szpadą i poćwiartowali siekierą. Jak ustalono potem, działali oni z inspiracji męża zamordowanej Jana Konopackiego. Jednak to nie on stał się głównym bohaterem wydarzeń. Gdy Tardelli zauważył, że staje się głównym podejrzanym, schronił się w kolegiacie św. Jana, prosząc o azyl kościelny zwalniający go spod władzy sądów świeckich. Kościół otoczyła gwardia królewska. Jan III na prośbę biskupa poznańskiego Jana Stanisława Witwickiego zgodził się na przeniesienie Włocha z kolegiaty do Dziekanii, gdzie rozpocząć miał się proces w sądzie biskupim mający rozstrzygnąć, czy mordercy przysługuje prawo do azylu, oraz oddał biskupowi pod komendę oddział gwardii królewskiej dla strzeżenia więźnia. Poczynania biskupa Witwickiego uważał za bezprawne marszałek wielki koronny Stanisław Herakliusz Lubomirski, który był zdania, że sprawa podpada wyłącznie pod kompetencje sądów marszałkowskich, a Tardelli i tak nie może skorzystać z prawa azylu, ponieważ zgodnie z bullą Grzegorza XIV nie przysługuje ono mordercom działającym z premedytacją.

Tymczasem proces przeciągał się w sądzie biskupim. Tardelli przedstawiał wciąż nowych świadków, ponadto całą sprawą zainteresował się nuncjusz Andrea Santa Croce, dla którego wszystkie zeznania trzeba było tłumaczyć na łacinę, co powodowało kolejne opóźnienia. Budziło to znaczne niezadowolenie mieszkańców Warszawy, których zbrodnia ta poruszyła ogromnie i żądali przykładnego ukarania sprawcy. Sytuację postanowił wykorzystać marszałek Lubomirski. Gdy strzegący dotąd więźnia oddział gwardii otrzymał rozkaz wymarszu na Ruś i przetransportował Włocha na Zamek Królewski, gdzie przejąć miał go inny oddział gwardii, Tardellego przechwyciła warta marszałkowska, która przywiodła go przed oblicze marszałka, a ten rozpoczął proces kryminalny. Działania marszałka niezwykle oburzyły biskupa Witwickiego, który pozwał cały urząd marszałkowski przed swój sąd, a w odpowiedzi Lubomirski dał pozew kryminalny przed sądy marszałkowskie pisarzowi duchownemu, który ośmielił się napisać pozew przeciw urzędowi marszałkowskiemu. Nie zaprzestał też kontynuowania procesu, który zakończył się skazaniem Włocha na karę śmierci. Po stronie biskupa stanęli król i nuncjusz apostolski Andrea Santa Croce, marszałka poparli natomiast kanclerz wielki koronny Jerzy Albrecht Denhoff i prymas Michał Radziejowski, który starał się odegrać rolę mediatora w całym sporze. Zaproponował on polubowne rozwiązanie. Marszałek miał choćby na godzinę przekazać więźnia sądowi duchownemu, który odmówiłby Włochowi przyznania immunitetu kościelnego i natychmiast zwróciłby go marszałkowi. Lubomirski skłonny był zaakceptować ten pomysł, jednak biskup poznański odmówił dania asekuracji, że zwróci więźnia sądom marszałkowskim. Gdy zaś urząd marszałkowski pozwany przed sąd duchowny nie stanął na rozprawę, Jan Stanisław Witwicki zdecydował się, wbrew perswazjom prymasa, na odesłanie całej sprawy do Rzymu. Jednocześnie wraz z nuncjuszem zabiegał u Jana III o odłożenie terminu egzekucji Tardellego. Jednak marszałek Lubomirski nakazał publiczne wykonanie egzekucji 1 lipca 1695 r. na rynku staromiejskim. Włochowi „ucięto szyję, a po tym obie nogi poza kolana i obie ręce, które do trunny cum trunco corpore i z kajdanami włożono, do oo. reformatów zaniesione”.

Cała ta sprawa w pewnym momencie stała się niewątpliwie fragmentem szerszej gry politycznej, którą Jan III prowadził przeciwko rodowi Sapiehów. Król próbował wykorzystać ten konflikt do ograniczenia wpływów i podkopania znaczenia głównego w Koronie sprzymierzeńca litewskich oligarchów – marszałka wielkiego koronnego – ten z kolei starał się pokazać swą faktyczną niezależność od króla. Najbardziej jednak sprawa Tardellego uderzyła – rykoszetem – w nuncjusza, który wmieszawszy sie w polskie spory, zraził przez to do siebie większość polityków, nie mówiąc już o warszawskim pospólstwie, które uważało go za głównego protektora włoskiego zabójcy. Sprawa ta przyczyniła się w pewnym stopniu do odwołania nuncjusza Santa Croce z Polski w 1696 r.